----- Reklama -----

Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa

----- Reklama -----
Zbyszek Kruczalak

Zbyszek Kruczalak


www.domksiazki.com

Udostępnij swoim znajomym:

I to nie tylko dlatego, żeby było ciepło i przyjemnie, żeby było niebo, mama i ja, ale po to, by mogły ładować się akumulatory, umożliwiające funkcjonowanie SP różnych generacji. Co to jest SP, dlaczego nie działa bez energii słonecznej i o co w tym wszystkim chodzi?

Najnowsza powieść Kazuo Ishiguro Klara i słońce, potwierdza stare jak świat przekonanie, że mamy wobec słońca religijne nieomalże nastawienie, bo bez niego ani rusz – i to w dosłownym tego słowa znaczeniu. SP bez słońca są unieruchomione.

/…główną bohaterką jest Klara, Sztuczna Przyjaciółka (SP), droid wymyślony, zaprojektowany i skonstruowany do służenia dzieciom jako towarzysz – rodzaj opiekunki. […] Obserwuje świat jednocześnie piękny, oświetlany metafizycznym, życiodajnym Słońcem, i głęboko smutny, przeżarty samotnością…/ (za: K. Urbański, w: głoskultury.pl)

Klara, efekt wyrafinowanej kultury cyfrowej, to nieomalże doskonała zabawka, którą kupuje się w sklepie ku uciesze nastolatków, ale nie jest to tylko robot, poznaje bowiem świat i ludzi, absorbując go bez genetycznych, kulturowych czy rodzinnych determinantów. Na ile jest w związku z tym sobą? A jeśli w ogóle jest, to jak?

Kazuo Ishiguro stara się odpowiedzieć na to przedziwne, pozornie absurdalne pytanie (bo jak robot może być sobą) nie po raz pierwszy i nie tylko w tym, najnowszym jego tekście. W istocie we wszystkich wcześniejszych powieściach, zmaga się, czy raczej to zmaganie przerzuca na czytelnika, z przedefiniowaniem utartych i określanych społecznymi normami ról, jakie przyszło jego bohaterom wypełniać, czy realizować w określonym czasie i określonej rzeczywistości.

Wystarczy przypomnieć sobie genialne i głęboko poruszające Okruchy dnia czy magiczne i nostalgiczne trwanie Malarza świata ułudy.

Bohater Okruchów dnia jest człowiekiem ze swej istoty (dzięki wychowaniu i pochodzeniu) organicznie i pierwotnie oddanym idei „służenia”, który staje się, a potem po prostu jest, kamerdynerem i ta funkcja jest nim, a on jest nią. Traktuje ją jak posłannictwo i jedyny z możliwych sposób istnienia. Poświęca wszystko byciu kamerdynerem, swoją prywatność, uczucia i intymność. Nie ma w nim nic, poza byciem kamerdynerem, co sprowadza się do bycia z innymi w relacji innej niż wypełnianie obowiązków służbowych. Zadziwiające w tym zupełnym oddaniu swemu powołaniu jest dojmujące swą absurdalnością poszukiwanie usensowienia takiego istnienia poprzez określanie go kategoriami takimi jak godność, która według pana Stevensa najdobitniej definiuje istotę bycia kamerdynerem. Jak to swoiste użycie terminu godność ma się do czyszczenia sreber, podawania do stołu, czy przygotowywania wizyt gości nie bardzo wiadomo, ale oczywistością jest, że to właśnie godność ma nadać szczególne piętno i nadzwyczajną jakość tym, którzy pełnią funkcję kamerdynerów – oczywiście tylko tym z nich, którzy wypełniają ją z rzeczoną godnością.

To „godnościowe” podejście do swego zawodu nie pozwala na rzeczywiste (prawdziwe, autentyczne, szczere, otwarte, współodczuwające) relacje z innymi. Nawet umieranie ojca, też kamerdynera, czy miłość pracującej z nim panny Kenton nie są w stanie wytrącić go z rytmu obowiązków i schematów postępowania. On nie widzi rzeczywistości jako takiej, on widzi ją jedynie i wyłącznie w perspektywie pozycji i obowiązków kamerdynerskich (podróż w celu odszukania panny Kenton nie jest wyprawą w poszukiwaniu utraconej czy niespełnionej miłości, ale ma na celu znalezienie kogoś do pracy, by wypełnianie obowiązków przez służbę w rezydencji znacząco się poprawiło, a to jest przecież podstawowe zadanie kamerdynera:

„Tak to już jest, że dla takich jak my nie ma większego wyboru, jak tylko pozostawić ostatecznie nasz los w rękach tych, którym służymy […]” (s.310)

Pan Stevens jest człowiekiem z krwi i kości, jest kamerdynerem tak samo, jak jego ojciec, dla którego zresztą nie ma wiele czasu, gdy ten umiera, bo musi zając się wieloma obarczającymi go obowiązkami. Klara, w przeciwieństwie do niego, jest produktem, jest rzeczą, jest cyfrowym, technicznym osiągnięciem – nie ma rodzimy, nie odziedziczyła wielopokoleniowego genomu, nie miała rodziców, którzy jej mówili, co mówić i jak postępować, nie ma kręgu znajomych, wobec których musiała przyjmować odpowiednie role, by być zaakceptowana, czyli kompatybilna - ale czy rzeczywiście? Niekoniecznie – ma przyjaciółkę, z którą wymienia opinie i spostrzeżenia dotyczące tego, co dzieje się w sklepie i na ulicy, gdy obie są pokazywane na wystawie. Jest produktem kolejnej generacji SP, czyli udoskonaloną wersją czegoś, co było przed nią. Nosi w sobie zatem swoisty „genom” poprzedników. Pozostaje w relacjach czasu i przestrzeni z kierowniczką sklepu i innymi SP, też tymi, którzy należą już do nowszych modeli (S)ztucznych (P)rzyjaciół.

Koncept rzeczywistości mieszanej, albo raczej nakładania się i współistnienia różnych światów (człowieczego i cyfrowego) jest w Klarze i słońcu niezwykle sugestywny, tym bardziej, że obie realności są dla współczesnego czytelnika czymś zupełnie oczywistym i tylko pozornie odległym. Jeśli wydaje się nam, że oscylują na granicy konceptów zapożyczanych z powieści science fiction, to jesteśmy w błędzie.

Kazuo Ishiguro odziera nas tym samym ze złudnego przekonania, że tylko świat człowieczy jest tym, co ma sens. Okazuje się bowiem, że Klara-android jest tworem równie sensownym, jak jej człowiecza właścicielka Josie, nastolatka, która ją kupiła i której jest własnością, jej osobistą SP. Czy to manipulowanie różnymi rzeczywistościami, w tym ułudnym wrażeniem ich odrębności, jest czymś wyjątkowym i zupełnie nowym? 

Oczywiście, że nie. Maurits Cornelis Escher, to intrygujący i fascynujący holenderski malarz i matematyk, w swych słynnych grafikach upłynniał granice między ułudą, optycznym złudzeniem, grą pespektywy i pozorami tego, co wydaje się nam, iż widzimy w jego pracach. Magiczno-matematyczny świat rzeczywistości, która jest, a jakby jej nie było, bo jest czymś innym, niż nam się wydaje, że jest. „Escher proponuje widzowi zabawę architekturą, perspektywą i przestrzenią. W jego pracach odnajdujemy intrygującą rzeczywistość pełną sprzeczności i fantazji, absurdalnego poczucia humoru, ale i matematycznej logiki. Prezentując swoje fantastyczne wizje, artysta zawsze kieruje się żelaznymi zasadami matematyki, które rzadko kojarzymy z prawami estetyki. To właśnie matematyka jest dla niego głównym środkiem wizualnego przedstawienia wyobrażeń o rzeczywistości. Ukazuje ją w różnych perspektywach, świetnie wykorzystując zasady rzutu środkowego i równoległego, zaskakując niezwykłymi rozwiązaniami geometrycznymi w różnych wymiarach i w różnych geometriach, które jednak bazują zawsze na szczegółowych szkicach i matematycznych obliczeniach”. (za: E. Stróżecka, W magicznym zwierciadle Eschera)

Co paradoksalne w jego pracach to fakt, iż to właśnie matematyczne wyliczenia i koncepty graficzne prowokują do istnienia rzeczywistą nierzeczywistość. Wszystko rozmywa się w płynności naszej niedoskonałości postrzegania i analizowania.

Klara - nowy człowiek – robot, albo raczej droid, czy android, ma swoje imię, idealny wygląd nieróżniący jej niczym od rzeczywistych ludzi, myśli i uczy się emocjonalnych reakcji – przekraczając tym samym granicę odmienności między tym, co ludzkie, i tym, co wymyślone przez człowieka. Dotychczasowe rozróżnienia i definicje odmienności ulegają więc upłynnieniu i zatarciu.

Podobnie, aczkolwiek w kompletnie innym kontekście przestrzenno-czasowym, pisze o tym fenomenie płynności Ishiguro w przepięknej powieści Malarz czasów ułudy.

/Masuji Ono, emerytowany malarz, jest świadkiem przemijania swojego świata. Prawie całe życie zajmował się utrwalaniem migawek “płynącego świata”, teraz pogrąża się w zadumie widząc na własne oczy, jak jego rzeczywistość rozpada się i przebudowuje, a on musi znaleźć sposób na odnalezienie się/ (za: japoniainfo.pl). Musi odnaleźć się, po raz kolejny, w relacji z nowym i nawiązać z nim dialog. Zrozumieć go i przetworzyć tak, by dialog ten nabrał znowu sensu.

/Tytułowym malarzem „świata ułudy” jest nie tyle Masuji Ono, co jego mistrz – Seiji Moriyama. Moriyama do końca wierny został swoim poglądom – malarz powinien próbować uchwycić „świat ułudy”, czyli efemeryczne momenty, jak unikalne, niepowtarzalne piękno gejszy spinającej włosy, światło lampionów czy noce spędzone w domach rozkoszy, domach rozrywki – przy muzyce, śpiewie, alkoholu, tańcu i kobietach, które szepczą do ucha złudne słowa. Ważne bowiem, by dostrzec piękno świata i w nie uwierzyć…/

Jak to się ma do Klary i słońca?

Kontynuacja w przyszłym tygodniu

Klara i słońce, Kazuo Ishiguro, wyd. Albatros, 2021, s.319.

Zbyszek Kruczalak