Burza na pustyni
----- Reklama -----
Tomasz Leszkowicz

Tomasz Leszkowicz


 

Udostępnij swoim znajomym:

30 lat temu rozpoczęła się operacja „Pustynna Burza” („Desert Storm”) – międzynarodowa akcja zbrojna pod egidą USA wymierzona w agresywne zamiary Iraku. Jej sukces stworzył pozytywny mit amerykańskich sił zbrojnych, jednocześnie zaś był początkiem kłopotliwego zaangażowania Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie.

Irak od 1968 roku rządzony był przez partię Baas, mającą charakter socjalistyczny i panarabski (tzn. dążącą do zjednoczenia wszystkich Arabów). W wyniku tzw. Rewolucji 17 lipca z tego roku (de facto – zamachu stanu) arabscy socjaliści przejęli władzę w Bagdadzie, rozpoczynając radykalną przemianę w historii swojego państwa. Od 1979 roku rządził nim już niepodzielnie dotychczasowy wiceprezydent Saddam Husajn, który zbudował swoją pozycję na kontroli sił specjalnych i upaństwowionego przemysłu naftowego. Nowy prezydent miał duże ambicje polityczne, zwłaszcza w skali międzynarodowej – chciał przewodzić arabskim społecznościom Bliskiego Wschodu. Postanowił więc, jak wielu autokratów przed nim, wywołać „małą, zwycięską wojnę”. Jego celem stał się Iran, który w 1979 roku przeszedł rewolucję islamską i przejęcie rządów przez duchownych szyickich (ajatollahów). Izolowany na arenie międzynarodowej i osłabiony wschodni sąsiad wydawał się łatwym celem, okazało się jednak, że nie było to takie proste. 22 września 1980 roku Irakijczycy zaatakowali Irańczyków i początkowo odnieśli sukcesy, jednak wkrótce ich ofensywa utknęła, a wojna przerodziła się w długotrwały konflikt na wyniszczenie. Kolejne nieudane ofensywy obu stron, którym towarzyszyły ataki bronią chemiczną, nie przynosiły efektu. Ostatecznie latem 1988 roku zawarto rozejm, który niczego faktycznie nie zmienił.

Długotrwała wojna osłabiła Irak gospodarczo i doprowadziła do zadłużenia, Husajn czuł się jednak zwycięzcą. Ambitny dyktator postanowił spróbować nowej wojny i sięgnął po ziemie małego, południowego sąsiada – Kuwejtu, posiadającego jedne z największych złóż tego cennego surowca na świecie. Zysk wydawał się kuszący i łatwy do zdobycia. 2 sierpnia 1990 roku irackie oddziały pancerne wkroczyły do Kuwejtu, w ciągu trzech dni zajmując cały kraj i obalając jego dotychczasowy rząd. Arabowie na Bliskim Wschodzie wiwatowali na cześć Saddama Husajna, inne państwa arabskie nie były jednak zadowolone – agresywny autokrata, upojony sukcesem mógł bowiem zaatakować również ich. Kolejnym celem wydawała się Arabia Saudyjska, sąsiadująca z Kuwejtem i równie bogata w ropę.

Już 2 sierpnia Rada Bezpieczeństwa ONZ uchwaliła rezolucję nr 660, w której potępiała agresję iracką i domagała się wycofania sił Husajna. Mocarstwa były tu wyjątkowe zgodne – awanturnicza polityka Bagdadu mogła narobić problemu, zwłaszcza na światowych rynkach ropy. Po konsultacjach z sojusznikami amerykański prezydent George H.W. Bush ogłosił twardą politykę wobec Iraku, stając w obronie krajów Zatoki Perskiej. Było to zgodne z tzw. doktryną Cartera, którą poprzedni prezydent ogłosił po rewolucji islamskiej w Iranie i agresji radzieckiej na Afganistan – uznawała ona próby przejęcia kontroli nad Zatoką Perską za naruszenie interesów amerykańskich i groziła interwencją. Od 7 sierpnia 1990 roku trwała operacja „Pustynna Tarcza” („Desert Shield”) – wzmocnienie obrony Arabii Saudyjskiej. W kierunku Zatoki Perskiej i Morza Czerwonego ruszyły amerykańskie zespoły lotniskowców, w kierunku Rijadu wyruszyły też siły powietrzne i oddziały lądowe.

Rezolucja nr 678 RB ONZ z 29 listopada nakazywała Irakowi wycofanie się z Kuwejtu do 15 stycznia 1991 roku, a w razie niewypełnienia ultimatum dawała społeczności międzynarodowej mandat do działań siłowych. Koalicja międzynarodowa liczyła 35 państw, w tym oprócz mocarstw europejskich również kraje islamskie oraz należące do Układu Warszawskiego (wśród nich znalazła się Polska). Wkład koalicjantów był różny (Polacy wysłali okręt szpitalny z obsługą), główną rolę odgrywała jednak potęga Stanów Zjednoczonych, aspirujących do bycia jedynym supermocarstwem na świecie.

Husajn oczywiście nie zrezygnował z łupów. 17 stycznia 1991 roku lotnictwo amerykańskie rozpoczęło kampanię nalotów na cele irackie – najnowocześniejsze maszyny, przygotowywane do III wojny światowej, powoli niszczyły potencjał bliskowschodniego agresora. Husajn miał małe możliwości odpowiedzi – najgłośniejszą było odpalenie rakiet taktyczno-operacyjnych w kierunku… znienawidzonego przez Arabów Izraela. Trwały też walki na granicy saudyjsko-kuwejckiej. Irakijczycy niszczyli instalacje naftowe, doprowadzając do poważnych szkód ekologicznych. W końcu 24 lutego siły lądowe pod dowództwem amerykańskiego generała Normana Schwarzkopfa rozpoczęły ofensywę – operację „Pustynny miecz” („Desert Sword”). W ciągu 100 godzin wyzwolono Kuwejt, wkroczono na 200 kilometrów w głąb Iraku i ostatecznie zniszczono potencjał wojsk Saddama. Prezydent Bush nakazał przerwanie działań, dając Irakijczykom szansę na rozejm. Podpisano go ostatecznie 3 marca.

Sukces amerykańskich bombowców i czołgów Abrams pokazał siłę supermocarstwa. Irak został upokorzony, cały czas jednak był źródłem niestabilności w regionie. Paradoksalnie Amerykanie od 1991 roku coraz mocniej angażowali się na Bliskim Wschodzie – II wojna w Zatoce z 2003 roku i obalenie Saddama Husajna było „dogrywką” po pierwszym sukcesie. Od tego czasu jednak Irak jest rozsadnikiem niestabilności w tej części świata, a Joe Biden będzie czwartym prezydentem USA, mierzącym się z bałaganem zrobionym przez poprzedników.

Tomasz Leszkowicz