----- Reklama -----

Ogłoszenia, felietony, informacje Polonijne - Tygodnik Monitor

09 kwietnia 2026

Udostępnij znajomym:

Świat odetchnął z ulgą, gdy Waszyngton i Teheran ogłosiły dwutygodniowy rozejm kończący ponad miesiąc intensywnych działań wojennych. Problem w tym, że już w pierwszych godzinach było jasne, iż nie mamy do czynienia z pokojem, lecz z zawieszeniem broni opartym na sprzecznych interpretacjach i nieufności.

To rozejm, który istnieje, ale tylko częściowo, bo może się rozpaść przez Ormuz, spór o program nuklearny albo Liban.

Rozejm, który każdy rozumie inaczej

Jeszcze przed jego ogłoszeniem napięcie sięgało zenitu. 7 kwietnia Donald Trump ostrzegł, że jeśli Iran nie otworzy Cieśniny Ormuz, „cała cywilizacja może tej nocy przestać istnieć”. Ostatecznie Teheran przedstawił własną propozycję — dziesięciopunktowy plan, który amerykański prezydent określił jako „wykonalną podstawę do negocjacji”. Kilka godzin przed upływem ultimatum ogłoszono rozejm.

Już wtedy było jednak jasne, że strony nie zgadzają się co do zakresu porozumienia. Najbardziej problematycznym punktem od początku pozostawał Liban. Pakistan i Iran sugerowały, że zawieszenie broni obejmuje również ten kraj, podczas gdy Stany Zjednoczone i Izrael twierdziły coś przeciwnego. Ta rozbieżność nie była detalem — była jednym z głównych punktów spornych, od którego zależy trwałość całego układu.

W kolejnych godzinach zaczęły jednak pojawiać się sygnały możliwej zmiany. Izrael zadeklarował gotowość do rozmów pokojowych z Libanem, co może otwierać drogę do objęcia tego frontu rozmowami, niezależnie od tego, czy był on częścią pierwotnego porozumienia. To istotne przesunięcie: zamiast sporu o interpretację rozejmu pojawia się próba jego rozszerzenia.

Jednocześnie jednak rzeczywistość na miejscu pozostaje brutalna. Jeszcze w środę izraelskie lotnictwo przeprowadziło największe od początku konfliktu uderzenia na cele Hezbollahu w Libanie, atakując ponad sto obiektów. Według dostępnych danych zginęło ponad dwieście osób, a rannych jest ponad tysiąc. Teheran uznał to za „rażące naruszenie rozejmu” i ostrzegł, że dalsze działania mogą przekreślić sens negocjacji.

Waszyngton utrzymuje, że Liban nie był częścią pierwotnego porozumienia, a wiceprezydent J.D. Vance określił spór jako „nieporozumienie w dobrej wierze”. W praktyce oznacza to jednak coś znacznie poważniejszego: rozejm od początku funkcjonuje jako konstrukcja otwarta, której zakres dopiero jest negocjowany — i która może się zarówno rozszerzyć, jak i rozpaść.

Ormuz: oficjalnie otwarty, w praktyce sparaliżowany

Drugim filarem kryzysu pozostaje Cieśnina Ormuz — strategiczny szlak, przez który przepływa znacząca część światowego handlu ropą.

Oficjalnie rozejm miał doprowadzić do jej ponownego otwarcia. W praktyce sytuacja pozostaje daleka od normalizacji.

Dane żeglugowe wskazują, że ruch przez cieśninę pozostaje bardzo ograniczony. W normalnych warunkach przepływało tamtędy około 120–150 statków dziennie. W ostatnich tygodniach liczby te spadły do poziomu symbolicznego. W rejonie wciąż gromadzą się dziesiątki, jeśli nie setki jednostek oczekujących na bezpieczne przejście.

Iran utrzymuje, że może zapewnić bezpieczną żeglugę, ale tylko pod warunkiem współpracy i uznania jego kontroli nad szlakiem. Dla Waszyngtonu to nie do przyjęcia. Biały Dom podkreśla, że cieśnina musi być „otwarta i bez żadnych ograniczeń”.

W praktyce oznacza to impas — cieśnina nie jest zamknięta, ale nie funkcjonuje jak wcześniej. A to wystarcza, by utrzymywać napięcie na globalnych rynkach energii.

Wojna bez zwycięzcy

Choć amerykański sekretarz obrony Pete Hegseth mówi o „historycznym i przygniatającym zwycięstwie”, rzeczywistość jest bardziej złożona. Z militarnego punktu widzenia operacja przyniosła wymierne efekty: znacząca część irańskiej infrastruktury obronnej została zniszczona, zdolności rakietowe, lotnicze i morskie poważnie ograniczone, a sama skala uderzeń pokazała, że nawet najwyższe kręgi władzy nie są poza zasięgiem.

Nie przełożyło się to jednak na jednoznaczne rozstrzygnięcie polityczne. Iran nie został zmuszony do rezygnacji z programu nuklearnego ani do pełnej kapitulacji, a napięcia w regionie utrzymują się na wysokim poziomie.

Efekt jest paradoksalny: wszyscy ogłaszają sukces, ale nikt realnie nie wygrał tej wojny.

Najbardziej odczuwalne pozostają skutki gospodarcze. Ceny ropy, choć chwilowo spadły po ogłoszeniu rozejmu, nadal pozostają wyraźnie wyższe niż przed konfliktem i wykazują dużą zmienność. Rynki reagują nie na sam fakt zawieszenia broni, lecz na jego wiarygodność.

Eksperci wskazują, że nawet jeśli Cieśnina Ormuz zostanie w pełni otwarta, skutki kryzysu będą odczuwalne jeszcze przez wiele miesięcy. Prognozy wskazują, że ceny ropy i benzyny, a tym samym transportu i żywności, mogą pozostać podwyższone przez znaczną część roku, nawet jeśli działania militarne nie zostaną wznowione.

Największym przegranym tego konfliktu okazuje się więc nie konkretne państwo, lecz globalna stabilność gospodarcza. Nawet jeśli Iran pozostaje jednym z najbardziej nieprzewidywalnych aktorów regionu i krajem oskarżanym o wspieranie organizacji terrorystycznych, przebieg wydarzeń pokazuje, że skutki tej operacji wymknęły się poza jej pierwotną logikę — a ich konsekwencje odczuwa dziś nie tylko Bliski Wschód, lecz cały świat.

Uran jako główna przeszkoda w negocjacjach

Najtrudniejszą kwestią pozostaje jednak irański program nuklearny. To właśnie spór o wzbogacanie uranu doprowadził wcześniej do załamania rozmów i wszystko wskazuje na to, że znów stanie się główną przeszkodą.

Stanowiska stron są tu niemal nie do pogodzenia.

Waszyngton jasno deklaruje, że zakaz wzbogacania uranu to „czerwona linia”. Teheran odpowiada, że prawo do jego rozwijania jest elementem suwerenności i warunkiem jakiegokolwiek porozumienia.

To nie jest kwestia techniczna, lecz fundamentalna i dotyczy samej natury przyszłej umowy.

Region na granicy eskalacji

Sytuację dodatkowo komplikują wydarzenia poza główną linią konfliktu. W pierwszych godzinach po ogłoszeniu rozejmu Iran przeprowadził ataki na cele w Bahrajnie, Kuwejcie i Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Doszło także do uderzenia w infrastrukturę naftową w Arabii Saudyjskiej.

Pojawiają się również sygnały zagrożenia dla Cieśniny Bab el-Mandeb, kolejnego ważnego szlaku morskiego. Ewentualne zakłócenia w obu tych punktach jednocześnie mogłyby wywołać globalny kryzys gospodarczy o skali trudnej do przewidzenia.

Konflikt dawno przestał być lokalny i stał się układem naczyń połączonych, w którym każde kolejne uderzenie może uruchomić reakcję łańcuchową.

Dyplomacja pod presją

W tych warunkach rozmowy zaplanowane w Islamabadzie mają ogromne znaczenie. Po stronie amerykańskiej udział wezmą m.in. wiceprezydent J.D. Vance, Jared Kushner oraz wysłannik ds. Bliskiego Wschodu Steve Witkoff.

Negocjacje nie zaczynają się jednak od wspólnego punktu wyjścia. Każda ze stron przychodzi z inną wersją tego, co już zostało uzgodnione i z inną definicją samego rozejmu., co znacząco obniża szanse na szybki przełom.

Między ciszą a kolejną wojną

Obecne zawieszenie broni przyniosło chwilowe wytchnienie, ale nie rozwiązało żadnego z głównych problemów. Liban pozostaje polem sporu. Cieśnina Ormuz nadal jest narzędziem nacisku. Program nuklearny Iranu wciąż dzieli strony.

Dlatego pytanie nie brzmi dziś, czy mamy pokój, lecz jak długo utrzyma się obecna cisza.

na podst. Reuters, Associated Press (AP), TIME, NBC News, Politico, The Hill

----- Reklama -----

Zobacz nowy numer Gazety Monitor
Zobacz nowy numer Gazety Monitor