----- Reklama -----

Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa

----- Reklama -----
Zbyszek Kruczalak

Zbyszek Kruczalak


www.domksiazki.com

Udostępnij znajomym:

Niewielkie objętościowo teksty składające się na tom Nowel i opowiadań Hermana Melville’a zadziwiają. Czym? Tym, co niedopowiedziane. Niezwykłość wyobraźni autora i zupełnie niebywałe historie lokujące się gdzieś na pograniczu absurdu, magii i czegoś, co niemożliwe, stawiają czytelnika w cudownie luksusowej sytuacji, nieskończonego w możliwościach wyboru interpretacyjnego, a cóż jest bardziej ekscytującego od zabawy w tworzenie sensów?

Przypomnijmy ikoniczne opowiadanie zatytułowane Kopista Bartleby, czyli opowieść o Wall Street, zamieszczone jako pierwsze w nowo wydanym tomie i w nowym tłumaczeniu Krystyny Korwin-Mikke. Pozornie jest to trywialna przypowiastka o bardziej niż dziwnym kopiście prawniczych dokumentów, zatrudnionym w jednej z kancelarii na Wall Street. Dziwnym, bo nieszczególnie rwącym się do pracy w sytuacji, gdy zdecydowanie mu się nie przelewało. Jego relacja z pracodawcą wymyka się wszelkim normom określającym układy, jakie obowiązują w biurach prawniczych.

Co zatem sprawia, że ten krótki tekst wytrąca nas z równowagi i nie pozwala się czytać jak sprawozdanie o niefortunnie, czy raczej pomyłkowo zatrudnionym pracowniku? Jedno zdanie. Jakie? Kultowe: „Wolałbym nie”. To „wolałbym nie” niesie ze sobą tak wiele znaczeń, że sens całości wykracza znacznie poza samo zdarzenie. Pisze o tym Michał Foerster w recenzji Bartleby czyli duch:

/Krótka opowieść, pozornie nieskomplikowana, otwiera gargantuiczne wręcz pole do interpretacji. Świadczą o tym choćby dwa eseje dodane do książki: „Bartleby albo formuła” Gillesa Deleuze’a i „Bartleby, czyli o przypadkowości” Giorgio Agambena. Obaj filozofowie próbują zmierzyć się z postacią kopisty. Dodajmy, na sposób filozoficzny, a nie literacki. Z jednej strony stwarza to pole do kolejnych interpretacji, z drugiej nie warto do końca ufać filozofom i lepiej samemu powalczyć z tekstem.

Deleuze podsuwa kilka rozwiązań związanych z twórczością autora (silne typy bohaterów jak np. Ahab), zaznacza też związek między narratorem a kopistą, który przypomina relację ojciec-syn. Prawnik próbuje uratować młodego człowieka, pomóc mu, odkryć przyczyny jego całkowitej apatii. Robi to przekraczając chwilami zwykłą relację między pracodawcą a pracownikiem. Dlaczego stara się pomóc? Czy kieruje się tylko ludzkim współczuciem, chrześcijańskim miłosierdziem, na które parokrotnie się powołuje?

Agamben z kolei, jak to ma w zwyczaju, skupia się na języku i próbuje odkryć filozoficzne fundamenty książki. Otóż, przywołana wypowiedź „Wolałbym nie” u swoich podstaw ma według włoskiego filozofa arystotelesowską koncepcję możności. Przypominamy sobie ze szkoły, że akt poprzedza możność. Przy czym dzieli się ona, by tak rzec, na możność tak i możność nie. Skryba może pisać, ale może też nie pisać.

Agamben przywołuje przykład Boga, który stworzył świat, ale przecież mógł tego nie zrobić (dwie możności). Z drugiej strony – jak chcą teologowie – Bóg nie mógł nie chcieć stworzyć świata, bo sprzeciwiłby się sam sobie. Możność nie jest nie tyle brakiem woli, co raczej awersem możności tak. Podobnie rzecz ma się z „Wolałbym nie” Bartleby’ego, jest ono możnością nie. To znaczy, nie jest ani sprzeciwem, ani zgodą, ani brakiem zgody – jest możnością niezgodzenia się, ale właśnie możnością./ (w: esencja.pl)

Historia kopisty Bartleby’go zadziwia niedopowiedzianym, ale wszystko, co się w niej wydarza, mimo oczywistych skrajności, ma znamiona czegoś, co mogłoby ewentualnie mieć miejsce w świecie, w którym dwa plus dwa równa się cztery.

Ale, co w takim razie powiedzieć o Kukuryku!, czyli pianiu szlachetnego koguta zwanego Beneventano?(w nowym przekładzie Mikołaja Wiśniewskiego) No cóż – sprawa jest tu bardziej niż skomplikowana. Dlaczego? Z bardzo prostego powodu – kogut pieje nadzwyczajnie, pieje bosko i oszałamiająco. Pieje tak znacząco, że swym pianiem stwarza nowe wymiary rzeczywistości, a do tego jest ogromny i piękny. Nieomalże magiczny, a na pewno mistyczny, a do tego ma dar utrzymywania przy życiu, a nawet uzdrawiania. Jest niezbędny do życia. Naprawdę? Opowiadanie Melville’a, zamieszczone jako drugie w kolejności we wspomnianym, nowo wydanym tomie Nowele i opowiadania jest znowu pozornie banalne w swej elementarnej warstwie. Główny bohater, po uszy zadłużony i balansujący na granicy bankructwa szuka koguta, którego pianie przyprawia go o nadzwyczajną ekscytację. Ma nadzieję, że jego odnalezienie będzie lekarstwem na całe zło, z jakim musi się zmagać w swoim życiu wiecznego dłużnika. Bohater opowiadania odkrywa po długich peregrynacjach po okolicy, że Kogut jest własnością Wesołka i jego rodziny, skrajnie biednych ludzi. Kogut nota bene nazywa się Trąbka i jest ich największym skarbem. Absolutnie nie zgadzają się, by go sprzedać komukolwiek. Dzięki jego pianiu zapominają o chorobach i dojmującej biedzie. Jest ich jedyną radością.

„Był niebotycznych wprost rozmiarów, stał hardo na strzelistych nogach. Czerwony, złoty i biały. Czerwony miał wyłącznie grzebień, wielki i symetryczny jak ten, co zdobił hełm Hektora, który widzi się nieraz na starożytnych tarczach. Śnieżnobiałe upierzenie pobłyskiwało tu i ówdzie złotem. Dostojnym krokiem przechadzał się przed chałupą niczym paw, z uniesionym grzebieniem i wypiętą piersią, na której świeciły się zdobne piórka. Wyglądał jak arystokrata z dalekich krajów, jak orientalny władca z jakiejś wspaniałej włoskiej pery.” (s. 85)

O co w tym wszystkim chodzi? Bajkowy kogut, rodzina drwala Wesołka żyjąca w skrajnej nędzy i ten, kto opowiada nam tę całą, raczej niezwykłą historię. Po co? Zobaczmy, jak ten tekst się zaczyna i jak się kończy. Być może ta klamra pozwoli nam odszukać to, co w tekście ważne. Opowiadanie zaczyna się tak:

/We wszystkich zakątkach świata wiele entuzjastycznych rewolt przeciwko łajdackim despotyzmom oberwało ostatnimi czasy po głowie; również na kolei i parostatkach wiele okropnych wypadków rozbiło głowy setkom rozentuzjazmowanych podróżnych (straciłem w ten sposób drogiego przyjaciela); a moje osobiste sprawy też obfitowały w despotyzmy, wypadki i walenie po głowie, kiedy pewnego wiosennego dnia wcześnie rano – zbyt spięty, żeby zasnąć – wyszedłem pospacerować po mojej łące na zboczu stromego wzgórza. […] Wszystko dookoła mówiło, że imperium jest głęboko podzielone. Stara trawa zmagała się z nową […] ale cóż to, na Jowisza?! Słuchajcie! Co za triumfalne pianie koguta, zupełnie jak pieśń dziękczynna! „Chwała Bogu na wysokościach!” […] Nie jest wcale tak pochmurno. Wychodzi słońce, już mi cieplej/ (s.63 i 67))

A jak się kończy?

„Spoczywa tam drwal i jego rodzina, a także signor Beneventano; to ja ich pochowałem. […] od tamtej pory nigdy nie gnębi mnie splin, lecz w każdej sytuacji, choćby nie wiem co, po prostu pieję, o tak: KUKU-RY-KUUUU! – UUU! – UUU! – UUU!” (s. 93)

Jak się okazuje, spotkanie z kogutem może być oszałamiające i to w zupełnie różnych sytuacjach, niekoniecznie baśniowych.

Zbyszek Kruczalak