Mówili, że się nie da
Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa
----- Reklama -----
Idalia Błaszczyk

Idalia Błaszczyk


Kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Udostępnij swoim znajomym:

Spróbujmy sobie wyobrazić:

Grupa brodatych chasydzkich Żydów spotyka się w Filadelfii z przedstawicielami polskiego ateistycznego reżimu komunistycznego, w obecności kardynalna Kościoła Rzymsko-katolickiego /kard.J.Król/ i konsula generalnego Izraela, z którym Polska nie miała wtedy stosunków dyplomatycznych. A cała ta ceremonia jest możliwa dzięki zabiegom polonijnego przedsiębiorcy produkującego niekoszerne mrożonki z ryb!

To był 1977 rok. Żydzi odebrali wtedy z rąk przedstawicieli polskich władz prawie 400 dokumentów - rękopisów i książek, o których myślano, że zaginęły podczas wojny. Nawiasem mówiąc - Sowieci, a teraz Rosjanie - tego co po Chasydach zostało u nich, nie oddali do dziś.

Albo taka scenka:

Połowa lat 60-tych, Warszawa. Gabinet wiceministra zdrowia tow. Jana Siekluckiego. Z pewnością portrety, hm - no tak, wtedy to pewnie i Gomułki i Chruszczowa, na ścianie za plecami ministra plakat "Walka z gruźlicą". I właśnie z powodu gruźlicy wizytę ministrowi składa Edward J. Piszek. Jego rodzina na początku wieku przybyła z Polski, spod Tarnowa, do USA, pisali się wtedy Piszczek, jest to bardzo tam popularne nazwisko /chyba do dziś/. Edward jest już teraz w sile wieku, ma piękną żonę, pięcioro dzieci i tę fabrykę niekoszernych mrożonek z ryb. Niektórzy nawet nazywają go King of Fishcake, choć wiadomo, że cake - to z krabów, a z ryb stick, ale jakoś tak, przylgnęło. To nawet nie chodzi o to, że jego firma, Mr. Paul's Kitchen, odniosła taki wielki sukces. Jego sukces polegał na tym, że on te branżę stworzył - mrożone dania z ryb. Gotowe do użytku, czyli odmrozić i zjeść. Towarzysz Sieklucki z pewnością doskonale o tym wiedział. Jak i znał cenę, coś koło miliarda dolarów, jaką niedawno proponowano Piszkowi w USA za jego firmę. I z pewnością głowił się - dlaczego facet, który ma takie pieniądze, chce mi tu jeździć po Polsce i walczyć z gruźlicą? Dla Piszka kontakt z komunistycznym dostojnikiem to też było nie lada doświadczenie. Przekonał się, że taki towarzysz nawet jeśli wygląda jak blondynek-maminsynek, potrafi być twardym negocjatorem, a poza tym - dla towarzysza najważniejsze jest, żeby on sam z powodu takiej akcji nie podpadł zwierzchnikom. Czy też - a co ja będę z tego miał? Piszek był sam sobie sterem-żeglarzem, mógł decyzje podejmować natychmiast, podczas rozmów. Sieklucki każde posunięcie musiał uzgadniać 'z górą', co bardzo przeciągało negocjacje. Jakoś się w końcu dogadali i akcja - dziś byśmy powiedzieli przesiewowego badania Polaków w celu wykrycia osób chorych na gruźlicę - ruszyła.

Można by pomyśleć tak: Polska bardzo, ale to bardzo ucierpiała podczas wojny. Ludność, Polacy są wymęczeni, wyniszczeni, schorowani, przeszli głód i nieziemskie cierpienia, masowo chorują na gruźlicę. Jest już połowa lat sześćdziesiątych, dwadzieścia lat po wojnie i tej gruźlicy nadal nie udaje się pokonać. Edward Piszek jedzie do Polski razem z przedstawicielem C.A.R.E, amerykańskiej organizacji, która tuż po wojnie zaczęła wysyłać do Europy paczki. CARE poprosiła go o datek na zakup ambulansu dla Tarnowa. Piszek pojechał właśnie na inaugurację pracy tego ambulansu. I wtedy zobaczył polską wieś. Nędzę, opuszczenie i choroby, gruźlicę właśnie. Nie ma dróg, nie ma szpitali, lekarzy, sprzętu, nie ma leków. Co gorsze - najwyraźniej nie ma chęci, pomysłu, poczucia obowiązku czy przyzwoitości, żeby z tą sytuacją walczyć. Ludność nie ufa władzy, władza rozkłada ręce. I można by pomyśleć - jak z nieba spada im, tym władcom, taki pan Piszek ze swoimi milionami. Teraz to my raz dwa tę gruźlicę wykończymy!

Niestety. Jakby mu łaskę robili. Zgodzili się łaskawie na 11 samochodów z aparaturą rentgenowską, na 42 auta osobowe do przewozu sprzętu, lekarzy itd. Ale już nie zgodzili się, żeby były to Fordy po 2 tysiące dolarów sztuka. Musiał kupić Warszawy po 12 tysięcy! Nikt oczywiście nie dojdzie do tego, co się stało z owymi samochodami po zakończeniu całej akcji. Do Stanów nie poleciały...

Pewnego razu towarzysze zatrzymali akcję. Piszek wspomina, że to było jak jeden wielki festyn. Najeżdżała na miasteczko kawalkada samochodów, ludzie ustawiali się w kolejce do prześwietlenia, chłopaki podglądali dziewczyny, miejscowi notable zapraszali doktorów i dobrodzieja z Ameryki na poczęstunek. Często przecież odwiedzali miejscowości, gdzie auto pojawiało się raz na tydzień, jedno. To zresztą towarzysze też mieli Piszkowi za złe - jak my mamy ludziom wytłumaczyć, że dostaliście 42 Warszawy, kiedy w Polsce na Warszawę na przydział czeka się właściwie całe życie! Jakby to była Piszka wina...

Zatrzymali więc akcję. Dobrodziej głowił się parę dni, nie mógł zgadnąć o co chodzi, w końcu pojechał do Warszawy, do ministerstwa. Nasłuchał się właśnie o tych samochodach na kartki, musiał walczyć o każdą godzinę trwania akcji, ale chyba najważniejszy był inny problem: jak można było na tych samochodach napisać, że to akcja finansowana przez niego, Piszka, pojedynczego człowieka. Towarzysze się zastanawiali jak to wygląda, przecież ludzie pomyślą : to Piszek może, a władza nie? Stanęło więc nam tym, że napiszą, że to wszystko to dar Polonii /Polish American/ dla narodu polskiego. "Z Polonii to ja w tym brałem udział sam" - wspominał pan Edward. Byłoby śmiesznie, gdyby nie było to żałosne.

We wspomnieniach Edwarda J. Piszka nie ma danych statystycznych: ile osób przebadano, ilu Polaków skierowano do leczenia, jak wpływać miała ta akcja na statystyki gruźlicy w Polsce. Z pewnością dzięki tej akcji pan Edward na tyle nauczył się pertraktować z komunistami, że podjął w Polsce jeszcze wiele różnych zadań, jak na przykład rozpropagowanie baseballa wśród dzieciaków i młodzieży. Centrum treningowe dla Europy i Afryki, które pomagał sfinansować, działa w Kutnie do dziś. Tu w Stanach, gdzie przecież ciągle wtedy szalała moda na Polish jokes, podejmował niesamowite akcje propagandowe na rzecz Polski.

Edward J. Piszek zmarł 27 marca 2004 roku.

Czytam jego wspomnienia teraz, między konferencją prasową prezydenta Trumpa, a konferencją prasową gubernatora Pritzkera. I mam wrażenie, że Edward Piszek by nie narzekał, że nie ma maseczek chroniących nas przed zarazą. Już dawno zorganizowałby masowe szycie. I wcale nie dlatego, że był taki bogaty.

xxx

"Some good in the world. A life of purpose. A memoir" by Edward J.Piszek as told to Jake Morgan.University Press of Colorado, 2001

Idalia Błaszczyk
E-mail: iTen adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.