Mszyce zjadają mi bukszpany!!!
Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa
----- Reklama -----
Idalia Błaszczyk

Idalia Błaszczyk


Kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Udostępnij swoim znajomym:

O niczym innym nie da się rozmawiać. I to już od paru dobrych tygodni. Moja rodzina w Polsce, jak co roku, przeniosła się na lato na działkę. A tam właśnie te mszyce i bukszpany.

Dzwonię znowu, pytam o nastroje przed, w trakcie i po wyborach - tym razem to już nie mszyce, tylko pajęczaki, a bukszpany trzeba było wykopać!

Polacy kochają ogródki działkowe. Pandemia spowodowała ogromny wzrost zainteresowania nimi, w dużych miastach teraz nie sposób działki zdobyć, chyba że dość daleko, na peryferiach. I oczywiście - ceny podskoczyły. W zależności od tego, co na tej działce jest - cena może nawet sięgać 30 tysięcy złotych. No bo działka może być zagospodarowana, mieć podłączoną wodę, ścieki, prąd oczywiście, a jeszcze mały basenik dla rybek i altankę. Kiedyś w tych altankach nie wolno było mieszkać, teraz coraz więcej osób spędza na działkach całe lato, więc byle działkowe altanki stały się letnimi domkami. Na 44 tysiącach hektarów polscy działkowcy uprawiają wszystko, co w tamtym klimacie urośnie. Z założenia mają to być uprawy na własny domowy użytek, ale kto powstrzyma działkowca jeśli ten zechce swoje pomidory na przykład sprzedać na miejskim ryneczku? I wcale nie jest prawdą, że działkami interesują się wyłącznie emeryci. Coraz więcej młodych małżeństw z dziećmi nabywa działki, bo tam można bezpiecznie wypuścić dzieci z domu i uprawiać po swojemu, nieskażone warzywa i owoce. Bywają też kury, króliki, gołębie, ale trudno dociec, czy jest to zgodne z regulaminami ROD czyli Rodzinnych Ogródków Działkowych i PZD - Polskiego Związku Działkowców. Złośliwcy twierdzą, że polskie zamiłowanie do działek to dowód na wiejskie korzenie polskich mieszczuchów. Może tak, może nie, a zresztą - co w tym miało by być złego. Z dzieciństwa pamiętam, jak w letnie wieczory moi sąsiedzi wracali z działek. Wtedy się na działkach nie nocowało, nie posiadało się samochodów, więc działki były blisko, na tyle, żeby dało się dojść. Nieśli kosze pachnących warzyw, kwiaty. Mieszkania w blokach z jednej strony były zbawieniem, choćby dlatego, że posiadały łazienki, ale - były tak małe, że wystarczało miejsca tylko na to, by ugotować, zjeść, pójść spać. No i oczywiście nie było ogródków. Działki dawały kawałek przestrzeni i możliwość zajęcia się czymś więcej niż tylko codziennymi sprawami.

Pierwsze ogródki działkowe założył w Grudziądzu Jan Jałkowski w 1897 roku! Nazywały się "Kąpiele słoneczne". W 1902 roku w Warszawie założono Ogród Działkowy Tramwajarzy, dziś im. Obrońców Pokoju, przy ulicy Odyńca. Do dziś działki mogą być powiązane z lokalnym samorządem, albo jakimś zrzeszeniem zawodowym, mają swoje zarządy, regulaminy, zasady przyjmowania członków. Działkę najczęściej się dzierżawi, nie posiada na własność, ale nie ma to wpływu na cenę, bo przy dzierżawie jest to po prostu cena odstępnego. Banki dają więc pożyczki na pokrycie kosztów nabycia działki, ale są to pożyczki gotówkowe, nie takie jak na kupno nieruchomości. Polscy działkowcy należą do założonego w 1926 roku Międzynarodowego Biura Ogrodów Działkowych i Rodzinnych. Bo działki i działkowcy są tez w innych europejskich krajach.

A w Ameryce?

Tutaj mieszka się w domach jednorodzinnych i ma się ogródek, w którym też coraz częściej pojawiają się uprawy warzyw i owoców, a nie tylko kwiatów i ozdobnych krzewów. Prawda? I tak i nie. Przecież miliony ludzi w USA mieszkają w apartamentowcach, czyli - w blokach! Albo w miejskich wielorodzinnych kamienicach. Tam tylko balkon i doniczki. Mamy więc American Community Garden Association, które zrzesza ogródki założone na terenach miast i osad, mogą działać też przy szkole, szpitalu, zarządzie parków publicznych. Popularne są zwłaszcza w wielkich miastach, jak w Chicago, które od 1837 roku szczyci się motto "Urbs in horto", czyli miasto w ogrodach. Mieszkańcy mogą uprawiać kawałeczek miejskiego terenu, mieć tam kwiaty, dbać o nie. Mogą mieć warzywniaki, z których część zbiorów trafia do kuchni dla ubogich. Organizowane są konkursy także dla właścicieli indywidualnych miejskich ogródków. Wszystko to razem ma na pewno wpływ na łączne zasoby zieleni w mieście. I choćby dlatego jest ważne.

Można w USA mieć także "własną działkę", choć wygląda to trochę inaczej niż w Polsce. Na przykład w Downers Grove zarząd publicznych parków wynajmuje za niewielką opłatą na jeden sezon działeczkę o wymiarach 20 na 30 stop. Może być ogrodzona, musi być zagospodarowana i oczyszczana z chwastów. Nie można na nią zabierać psa. Zarząd daje wodę, pojemniki na chwasty, parking i dba o to, żeby się działkowcy odpowiednio ubierali! Najemca wie od kiedy i do kiedy trwa sezon, po którym całą działalność kończy i za rok... może podjąć na nowo. Wszelkie grabki i łopatki zabiera się do domu, no bo żadnych altanek nie ma. Zawsze coś. Coraz częściej też można natknąć się na ogródki dobroczynne, zakładane po to, by świeże warzywa i owoce dostarczać ubogim. W bibliotece publicznej w Darien zaś w poprzednich sezonach każdy mógł zaopatrzyć się w świeże, prosto z ogródka sałaty i inne warzywa. Właściciele okolicznych przydomowych ogródków po prostu dzielili się z sąsiadami swoimi zbiorami. Jak będzie teraz? Miejmy nadzieję...

Idalia Błaszczyk
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.