Szaleństwa czasowe
----- Reklama -----
Rafał Jurak

Rafał Jurak


Kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Udostępnij swoim znajomym:

Już za kilka dni wszyscy weźmiemy udział w powtarzającym się rytuale marnowania cennego czasu, czyli przestawiania zegarków i komplikowania sobie życia. Do przodu, czy do tyłu? Śpimy dłużej, czy krócej? Czy to zdrowo, czy nie? Jak zwykle, podczas wiosennej zmiany wszędzie będziemy spóźnieni, a następnego dnia nieprzytomni. Zależnie od posiadanej wiedzy jedni przyjdą do pracy zbyt późno, inni za wcześnie. W dobie automatycznie zmieniających godzinę smartfonów nieliczni wykorzystują ten argument, ale… Poza tym na zegarach pokładowych połowy jeżdżących po drogach samochodów czas znów będzie poprawny. Lub nie.

By wszystko było jasne, choć zmiana czasu denerwuje mnie, to wiem, jaki cel przyświecał pomysłodawcy: popołudniowe chwytanie motyli. Serio.

Nowozelandzki entomolog, George Hudson, wymyślił sobie, że gdyby przesuwać czas latem o dwie godziny, to po pracy miałby więcej czasu na skakanie z siatką na motyle w terenie. Wcześniej… dużo wcześniej, bo ok. 100 lat przed Hudsonem, podobny pomysł miał Benjamin Franklin. Jak już wymyślił piorunochron i dwuogniskowe okulary, to zajął się oszczędnościami wosku w świecach. Znany był zamiłowania do ładu i porządku, a marnotrawstwa nie znosił. Według niego wcześniejsze wstawanie zimą wiązało się z wcześniejszym chodzeniem spać, a tym samym oszczędnościami surowca stosowanego w produkcji świec. Żartował, że farmer przyzwyczai się do wstawania o 4 rano, jeśli przez 3 dni po kolei padnie ze zmęczenia o 8 wieczorem. Niby żartował, ale oficjalne pismo na ten temat stworzył. Ale tak naprawdę to dopiero w okresie I wojny światowej zaczęto zmianę czasu stosować, podobno w celu oszczędności energii. Wymyślono, że jak będzie dłużej widno, to ludzie będą siedzieć na zewnątrz, a nie po ciemku w domu przy lampach. Wtedy być może miało to sens, dziś niewielki. Zmienił się nasz tryb i sposób życia, liczba mieszkańców globu, źródła energii, koszt i wiele innych rzeczy. Na wydobycie jednego Bitcoina ludzkość wydaje dziś chyba więcej energii niż 100 lat temu potrzeba było na wyprodukowanie czołgu.

O ile kiedyś w miarę przemawiały do mnie prezentowane przez zwolenników zmiany czasu liczby i inne argumenty, dziś z jakiegoś powodu zaczynam stawiać im opór. Zmiana czasu jest po prostu niepraktyczna. Może się mylę, ale na przykład poszczególne stany w tym kraju nie mają przecież odgórnie narzuconej zmiany. W związku z tym część zmienia godzinę wiosną i jesienią, część nie. Mało tego, wewnątrz wielu stanów istnieją niezależne enklawy, które nie podlegają stanowym prawom, w związku z czym mają u siebie czasowy groch z kapustą. Słynnym przykładem jest Arizona, gdzie czasu się nie zmienia. Ale zmienia się go na terenie jednego z rezerwatów Indiańskich. W skali globalnej poszczególne kraje zachowują się podobnie do stanów USA i zmieniają czas lub nie. Umówić się z kimś na rozmowę telefoniczną o określonej godzinie to czasami niezłe wyzwanie, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę strefy czasowe, które przecież nie przebiegają wzdłuż linii prostych, bo po co?

System zmian czasowych na świecie jest tak pogmatwany, że równie dobrze możemy zastosować inny. Propozycji już kilka jest. Jedna mówi, by stany z nieparzystą liczbą liter w nazwie przesuwały czas godzinę do przodu. Pozostałe cofały wskazówki o liczbę mieszkańców podzieloną przez deficyt budżetowy, albo odwrotnie, zależnie co będzie mniejsze. Inna sugeruje, aby demokraci przesunęli wskazówki swoich zegarków do świetlanej przyszłości, a republikanie cofnęli do złotej dla nich dekady lat 50. Pomysłów jest wiele. Wszystkie równie absurdalne, jak obecne zmiany czasu lub długopis stworzony przed laty specjalnie dla kobiet. Pamiętacie? Podobno był dopasowany do kobiecej ręki. Co za bzdura, na szczęście klienci nie dali się nabrać. Innym wynalazkiem na miarę zmiany czasu były włosy w sprayu. Łysy? Nie ma problemu, fryzura w puszce na ratunek. Zresztą przełom lat 80. i 90. charakteryzował się dziwnymi pomysłami. Ale nie o tym miało być. Najbliższej, wiosennej zmiany nie unikniemy. Natomiast możemy zrobić coś z kolejnymi. Życzę wszystkim, a sobie przede wszystkim, by wiosną nikt mi nie zjadał już godziny snu. Bo to bez sensu - od kiedy mniej snu i dłuższy dzień wychodzi nam na zdrowie?

Miłego weekendu.

Rafał Jurak
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.