Walcz z kryzysem!
----- Reklama -----
Rafał Jurak

Rafał Jurak


Kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Udostępnij swoim znajomym:

Pewnie wiele osób żałuje, że nie mieszka w tym momencie w Wielkiej Brytanii. W ramach walki z koronawirusowym kryzysem i wspomagając lokalną gospodarkę pojawił się tam apel, by każdy obywatel tego kraju jak najszybciej wypił co najmniej 70 litrów piwa, czyli jakieś 124 duże kufle. Chodzi oczywiście o to, by wspomóc upadającą branżę i zamknięte przez długie miesiące bary. Potrzeba zastrzyku w wysokości ponad 22 miliardów funtów, by powrócić do stanu sprzed kryzysu. Z jednej strony to dużo, z drugiej niewiele dla około 58 milionów dorosłych Brytyjczyków. Do tej narodowej akcji z własnej woli przyłączają się nie tylko piwosze, ale miłośnicy innych rodzajów alkoholu. A nawet jego przeciwnicy podobno.

"Twój lokalny pub potrzebuje pomocy" - to hasło, jakie pojawiło się na brytyjskich ulicach i w internecie. Chodzi o ratowanie ponad 40 tysięcy miejsc, które wielu służą często jako drugi dom i świetlica. Wyliczono nawet, że przeciętny bywalec pubu, baru czy tawerny powinien wydać o ponad 380 funtów więcej niż zwykle, by wspomóc branżę. Pojawiły się przeliczniki mówiące, że nie muszą to być 124 duże kufle piwa, ale na przykład 122 lampki wina. Poruszony apelem naród rzucił się na pomoc, policja donosi, iż podobno na ulicach wielu miast widać już pierwsze efekty tej akcji.

Zastanawiam się, czy podobna odezwa miałaby szanse powodzenia gdzie indziej. Brytyjczycy są bardzo pragmatyczni. Trzeba pić, by ratować browary i puby, to piją na całego zbytnio się nad szczegółami nie zastanawiając.

Tutaj, czyli w USA, pewnie by się społeczeństwo mocno podzieliło zanim ta sama branża odczułaby jakąkolwiek pomoc. Jeśli w ogóle.

Podział nastąpiłby wzdłuż linii partyjnych, wyznaniowych, światopoglądowych i geograficznych. Zanim ktokolwiek sięgnąłby po kufel zaczęliby się na ten temat wypowiadać politycy, działacze, lekarze i sławy internetowe.

W pierwszej kolejności należałoby zadecydować, który alkohol wchodzi w grę. Pewnie rodzimy, bo jak inaczej.

Wtedy nagle miliony piwoszy z USA, zaśmiecających niezliczone parkingi puszkami Budweisera i przekonanych, iż jego picie jest bardziej patriotyczne niż na przykład Stella Artois, dowiedziałoby się, iż kupując tę markę wspomagają nie tylko pracowników browaru w St. Louis w Missouri, ale przede wszystkim multipaństwowy konglomerat z główną siedzibą w Belgii! W Europie!

Południe nie chciałoby pić tego samego co północ, własne trendy stworzyłyby Kalifornia, Teksas i Floryda. Midwest powołałby kosztowną komisję mającą ocenić przydatność poszczególnych rodzajów i odmian dla lokalnej gospodarki. Przy okazji zbadana zostałaby zawartość składników pochodzących z kukurydzy.

Oczywiście konserwatywna część społeczeństwa nie dotknęłaby produktów, po które sięga liberalna część społeczeństwa i odwrotnie.

Do ogólnokrajowej dyskusji włączyliby się w końcu eksperci, wpędzając większość mieszkańców tego kraju w popłoch informacją, iż najbardziej amerykańskim piwem dostępnym na rynku jest Yuengling. Tak jest, brzmiąca nieco azjatycko nazwa pochodzi od nazwiska niemieckiego imigranta, który w czasach prezydentury Andrew Jacksona założył pierwszy browar w USA, który do dziś nie został sprzedany żadnemu zagranicznemu kapitałowi i w całości znajduje się w rękach rodziny. W czasach prohibicji podobno ratowali się sprzedażą przetworów mlecznych, co dało początek siostrzanej firmie, Yuengling Diary. Ponieważ branża mleczna pomocy w wychodzeniu z kryzysu raczej nie potrzebuje, pozostańmy przy piwie.

Przyznam się, że nigdy nie próbowałem tego piwa. Do czasu zgłębienia tematu nawet o nim nie słyszałem. Nikt mi również nie zapłacił za jego reklamę. Sygnalizuję przy okazji, że gdyby ktoś chciał mi zapłacić za reklamę jakiegoś produktu lub pomysłu to nie będę się zbytnio sprzeciwiał. Wiem natomiast, że jeśli gdzieś wpadnie mi w oko ta nazwa, to nie omieszkam spróbować. Z ciekawości, a także w ramach nieogłoszonej nigdzie akcji wspierania amerykańskich browarów i barów wychodzących z kryzysu. Myślę, że nie będę jedynym, który postąpi w ten sposób. Podejrzewam również, że podobnie jak ja, wiele osób nie ograniczy się do produktów wyłącznie lokalnych i krajowych. Bo nawet w imię walki z kryzysem nie powinniśmy zbyt mocno ograniczać tak niewielu dostępnych nam przyjemności.

Miłego weekendu.

Rafał Jurak
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.