Jeszcze kilka lat temu bilety na duże koncerty znikały w kilka minut. Dziś coraz częściej pojawia się inny widok: całe sektory pustych miejsc i odwołane trasy koncertowe. W branży muzycznej zaczęto nawet mówić o „blue dot fever” — „gorączce niebieskich kropek”. Chodzi o niebieskie punkty widoczne na mapach sprzedaży biletów w serwisach takich jak Ticketmaster, oznaczające wolne miejsca na widowni.
W ostatnich miesiącach odwołano lub przełożono kilka dużych tras koncertowych. Oficjalne komunikaty zwykle mówią o problemach zdrowotnych, zmianach harmonogramów albo „kwestiach logistycznych”. Jednak internauci często wcześniej zauważają coś innego: tysiące niesprzedanych miejsc i gwałtowne obniżki cen wejściówek.
Koncertowy boom zaczyna słabnąć
To nie są już pojedyncze przypadki. Coraz więcej osób związanych z branżą muzyczną przyznaje, że koncertowy boom z ostatnich kilku lat zaczyna wyraźnie słabnąć.
Po zakończeniu pandemicznych ograniczeń Amerykanie ruszyli na koncerty, festiwale i wydarzenia sportowe. Przez pewien czas wydawało się, że publiczność jest gotowa zapłacić niemal każdą cenę za powrót do normalności. Ceny biletów szybko poszybowały w górę. Według danych Pollstar średnia cena biletu koncertowego wzrosła z około 96 dolarów w 2019 roku do ponad 135 dolarów w 2024 roku. Obecnie ceny są jeszcze wyższe, a wstęp na występy artystów z wyższej półki to kilkaset dolarów od osoby.
Dla wielu rodzin problemem przestał być jednak sam bilet. Dochodzą parkingi, opłaty serwisowe, jedzenie, transport, a często również nocleg. Wieczór na dużym koncercie dla dwóch lub trzech osób to dziś spory wydatek.
Rosnące koszty po obu stronach sceny
Branża koncertowa przez lata korzystała z przekonania, że muzyczne wydarzenia „na żywo” są czymś wyjątkowym i odpornym na kryzysy. Jednak inflacja i rosnące koszty życia zaczynają zmieniać sposób w jaki wydajemy pieniądze. Wiele osób nadal chce chodzić na koncerty, ale dużo ostrożniej wybiera, na które wydarzenia rzeczywiście warto wydać kilkaset dolarów.
W ostatnich latach coraz większe kontrowersje budził tzw. dynamic pricing, czyli system automatycznie podnoszący ceny w momencie dużego zainteresowania. Krytycy twierdzą, że koncerty zaczęły przypominać lotnicze systemy rezerwacyjne, gdzie ostateczna cena często niewiele ma wspólnego z początkową ofertą.
Do tego dochodzą koszty samych tras koncertowych. Transport sprzętu, scen, oświetlenia i ekip technicznych jest dziś dużo droższy niż kilka lat temu. Szczególnie mocno odczuwają to trasy obejmujące wiele miast i wielkie hale widowiskowe.
Najwięksi nie mają tego problemu
Problem nie dotyczy jednak wszystkich artystów w równym stopniu. Największe gwiazdy nadal potrafią błyskawicznie wyprzedawać stadiony. Trasy takich wykonawców jak Coldplay czy reaktywowanego Oasis cieszą się ogromnym zainteresowaniem. Gorzej radzą sobie artyści ze „średniej wyższej półki” — wystarczająco popularni, by planować wielkie hale, ale już niekoniecznie zdolni je wypełnić.
Zdaniem części obserwatorów problemem stało się także przecenianie internetowej popularności. Miliony odsłuchów w serwisach streamingowych czy duża liczba obserwujących w mediach społecznościowych nie zawsze przekładają się na gotowość kupienia drogiego biletu. Popularność w Internecie okazała się czymś innym niż realna sprzedaż miejsc na koncertach.
Słabiej działa również nostalgia
Jeszcze kilka lat temu powroty zespołów z lat 90. i początku lat 2000 niemal automatycznie gwarantowały sukces. Dziś okazuje się, że sentyment ma swoje granice — szczególnie gdy bilety kosztują po 150 czy 200 dolarów.
Branża muzyczna może więc stanąć przed koniecznością zmian. Część ekspertów uważa, że rozwiązaniem byłby powrót do mniejszych sal i bardziej realistycznego planowania tras. Lepiej zagrać kilka koncertów w mniejszym obiekcie niż świecić pustkami w ogromnej arenie.
Bo właśnie puste miejsca bywają dziś największym problemem. Gdy potencjalni widzowie widzą tysiące wolnych miejsc na mapie sprzedaży, wydarzenie przestaje wyglądać jak coś wyjątkowego. A „niebieskie kropki” zaczynają działać odstraszająco nie gorzej niż wysokie ceny.
na podst. cnbc, theweek