----- Reklama -----

Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa

----- Reklama -----
Rafał Jurak

Rafał Jurak


Kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Udostępnij swoim znajomym:

Lubię jesień. Gdyby nie to, że oznacza koniec lata i rychłe nadejście zimy, lubiłbym ją jeszcze bardziej. Przyjemny chłód poranka, charakterystyczne dla tej pory roku zapachy, smaki i kolory, nieznaczne zwolnienie tempa życia.

Bardzo przyjemna i jednocześnie pełna atrakcji jest też jesienna wycieczka do lasu. Głównie ze względu na latające wszędzie kule wystrzeliwane przez sztucery myśliwych. Oni też lubią jesień, o wiele bardziej niż lato, gdyż w tej części kraju oznacza ona sezon polowań.

To okres, gdy "najbardziej męscy z mężczyzn", zapominając o całym świecie, decydują się stawić czoła bestiom zwanym jeleniami. Muszą spędzić sporo czasu w ekstremalnych warunkach, czyli jesiennym chłodzie północy, czasem w deszczu, przesiadując między drzewami i krzewami, a najczęściej w ambonach, których w naszej okolicy więcej niż bombek na choince. W Wisconsin i Michigan jest ich jeszcze więcej, niemal tyle, co igieł na tym samym drzewie.

Pewnie w tych kilku zdaniach da się zauważyć nieco złośliwości, ale jest ku temu powód. Spróbowałem, doświadczyłem, poznałem i choć wielkim wrogiem polowań jako takich nie jestem, to przy każdej okazji będę je krytykował, nie widząc w nich większego sensu, widząc natomiast sporo obłudy. Miałem okazję uczestniczyć w kilku polowaniach, część odbywała się jeszcze w Polsce, kilka już w USA. Zetknąłem się w tym czasie z wieloma myśliwymi - głównie przestrzegającymi reguł, dbającymi o przyrodę, umiejącymi posługiwać się bronią i przede wszystkim zachowującymi się odpowiedzialnie i oddającymi strzał dopiero po upewnieniu się, że jest on uzasadniony, legalny i bezpieczny dla innych. Ale także z idiotami, którzy ruszyli z bronią w las tylko po to, by pochwalić się tym później znajomym przy drinku. Wielu zresztą zaczynało popijać wódeczkę na rozgrzewkę jeszcze przed polowaniem. Widziałem strzelających na oślep w kierunku każdej drgającej gałązki i szelestu, do siedzących na ziemi ptaków, dobijających konającą zwierzynę uderzeniem gałęzi lub o pień drzewa. Byłem świadkiem topienia rannego zająca w rzece, bo "myśliwy" nie był w stanie załatwić tego inaczej. Potem dowiedziałem się, że był lekarzem i do tego szefem sekcji strzeleckiej w mieście. Kto inny z dumą chwalił się skórą z wilka zastrzelonego w czasie obowiązywania kategorycznego zakazu jego polowań. "Bo mi wyszedł, to strzeliłem". Nie bardzo wiem też, co powiedzieć o tzw. "chrzcie myśliwskim" i smarowaniu twarzy nowego myśliwego krwią upolowanego zwierzęcia.

Muszę przyznać, że tutaj jest znacznie lepiej. Zdecydowana większość myśliwych przestrzega zasad i nie zaczyna w czasie polowania nakrapianej imprezy, traktując las i jego mieszkańców z szacunkiem. Niestety, z czasem jednak przekonałem się, że i tutaj zdarzają się traktujący łowiectwo inaczej.

Nie mam zamiaru rozpoczynać debaty na temat myślistwa, bo jak każda debata, tak i ta nie przyniesie nic dobrego. Natomiast chciałbym się sprzeciwić nazywaniu polowań "sportem", co czasami słyszę od kolegów i znajomych zajmujących się tą formą spędzania wolnego czasu. Sport kojarzy mi się ze współzawodnictwem, gdy jedna lub więcej osób chce udowodnić, że jest w czymś lepsza. Sportem są dyscypliny olimpijskie oraz poranne bieganie, pływanie i jazda rowerem, gdy nic nie udowadniamy i z nikim nie rywalizujemy. Wspólnym mianownikiem czynności uznawanych za sport, nawet tych najbardziej brutalnych, jest to, że wszyscy z tego zwykle wychodzą żywi, a jeśli nie, to jest to wynikiem nieszczęśliwego wypadku. Chociaż był kiedyś wyjątek, bo przez krótką chwilę strzelanie do gołębi było dyscypliną olimpijską. Krótko to trwało na szczęście. Owszem, na polowanie składa się czasem wysiłek, marsz po lesie w poszukiwaniu jakiegoś żywego zwierzęcia, noszenie ciężkiego sprzętu i umiejętność oddania celnego strzału, ale w przeciwieństwie do szachów, by uznać je za udane, musi wystąpić śmierć. Być może dla niektórych brzmi to ekscytująco, ale spójrzmy na to z perspektywy jelenia. Lub postrzelonego kolegi albo przypadkowego spacerowicza. Bo gdy rocznie ginie kilka milionów zwierząt, do wypadków tego typu zawsze dochodzi.

Gdyby jeszcze jeleń miał możliwość strzelenia do ubranego w pomarańczową kurtkę myśliwego, bez problemu uznałbym to za sport. A tak nie pozostaje mi nic innego, jak zachęcać myśliwych do pozostania jesienią w domu, przed telewizorem, z kubkiem ciepłej herbaty w ręce i psem u boku. Można wtedy zastanowić się, że przecież żeby polować, trzeba stłumić naturalną, wrodzoną wrażliwość. Trzeba mieć serce z kamienia. Zwłaszcza, kiedy ta zwierzyna nie służy wykarmieniu rodziny, a trafia do skupu, by uspokoić sumienie. Znam wszystkie argumenty za polowaniami i większość już na mnie nie działa. Do lasu wybiorę się tej jesieni nie raz. Na pewno nieodłącznym elementem spacerów będą rozbrzmiewające w odległości wystrzały. To znak, że gdzieś, ktoś odbiera bez powodu życie innej istocie. To nie sport.

Miłego weekendu.

Rafał Jurak
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.