Zrób coś
Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa
----- Reklama -----
Rafał Jurak

Rafał Jurak


Kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Udostępnij swoim znajomym:

Wkrótce ma wejść w życie nowe prawo. Będzie ono nakazywało właścicielom psów wyprowadzanie ich co najmniej dwa razy dziennie, w sumie przez godzinę. Będzie ograniczało też czas, jaki te czworonogi będą mogły spędzać na łańcuchu.

Pomysłodawcy ustawy zastanawiają się również, w jaki sposób rozprawić się można z tzw. fabrykami szczeniąt. Ostatnia propozycja to zakaz jednoczesnej opieki nad więcej niż trzema miotami i nakaz, by szczenięta spędzały co najmniej cztery godziny dziennie z ludźmi, co ma zapewnić im właściwy rozwój i poziom socjalizacji. Zadowoli to prawdziwych hodowców, może zniechęci zaniedbujących zwierzęta “oprawców”.

W nowym prawie pojawi się też zapis mówiący, iż żaden pies nie może być sam zostawiany w domu na cały dzień. Autorzy przepisów mówią, że zmiany zostały oparte na poradach ekspertów, których celem jest zapewnienie ochrony i dobrostanu zwierząt.

Super! Prawda?

Niestety.

To nie u nas.

To w Niemczech.

U nas w wciąż jeszcze w wielu miejscach do masowej eutanazji porzuconych zwierząt służą tzw. bunkry. To betonowe pomieszczenia, w których niechciane zwierzęta z wielu schronisk gazowane są za pomocą spalin z silnika dieslowskiego. U nas niezagrożone są tzw. puppy mills, czyli brudne, zaniedbane i ukrywane przed wzrokiem innych ludzi fabryki szczeniąt, gdzie dziesiątkujących zwierzęta wirusów i bakterii jest więcej niż w szpitalu zakaźnym trzeciego świata, a ich zdrowie fizyczne i psychiczne nie ma żadnego znaczenia. Liczy się zysk.

U nas też co kilka lat pojawia się projekt ustawy utrudniającej życie takim pseudohodowcom, podnoszącej kary oraz poziom kontroli. Za każdym razem kończy się tak samo. Jeden boi się stracić cztery głosy spośród 30, jakie go wybrały, inny sponsora kampanii, trzeci ma to w nosie, bo nic z tego nie ma. O politykach mówię oczywiście.

Jedną z niedzielnych rozrywek rodzinnych w wielu krajach są wyścigi psów. U nas również. Mało kto wie, że do udziału w wyścigu trafia cząstka hodowanych do tego celu psów. Każdego roku tysiące chartów, które nie spełniają wymogów, traci życie. Czasami zaraz po urodzeniu, czasami rok lub dwa później, gdy okazuje się, że są słabsze, wolniejsze, trudniejsze do szkolenia. Z pozostałych wiele nie dożywa emerytalnego wieku dla psa wyścigowego, jakim jest 4-5 lat. Niedawno spotkałem takiego charta, zaadoptowanego po “sportowej karierze”. Słodki, leniwy, wielki i łagodny, korzystający z przyjemności życia. Jemu się udało. Prawdopodobnie jako jedynemu ze swego miotu.

Walki psów wciąż są popularne. Zmieniła się tylko publiczność. Kiedyś, a mowa jest o drugiej połowie XIX wieku, dostarczały rozrywki przede wszystkim policjantom i strażakom w dużych miastach. Dziś te same grupy zawodowe odpowiedzialne są za ściganie tego typu przestępczej działalności. Mało kto zdaje sobie sprawę, że wychowanie walecznego psa, podobnie jak uczynienie z człowieka twardego boksera, wymaga partnera sparringowego. W przypadku zwierząt musi on stracić życie. Dlatego na terenie całego kraju funkcjonują nielegalne hodowle, gdzie “produkuje” się psy skazane na przegraną walkę. Rocznie w ramach treningów przed walką giną ich setki tysięcy.

50 procent futer sprzedawanych w USA pochodzi z Chin. Nie jest tajemnicą, tylko niektórzy nie chcą o tym wiedzieć, że zrywane są one z żywych zwierząt. Bo szybciej i taniej. Miliony psów i kotów gnie tam w okrutny sposób każdego roku. Futra przechodzą później proces, w wyniku którego przypominają wiele innych, cenniejszych. Często kupując garderobę ze skórzanym i futerkowym dodatkiem pochodzącym z Chin nie wiesz, z jakiego naprawdę pochodzi ono zwierzęcia.

Każdy funkcjonujący w USA cyrk został co najmniej raz ukarany grzywną za złamanie przepisów dotyczących opieki nad zwierzętami. Nie ma ani jednego, w którym nie doszło do zaniedbań. Dzięki staraniom aktywistów w tresurze słoni nie wolno już wykorzystywać ostrych haków, nie przeszkadza to jednak wielu “treserom” wykorzystywać je po kryjomu, podczas zamkniętych prób bez udziału publiczności.

Od czasy, gdy zakazano w USA przemysłowego uboju koni, prężnie działają firmy handlowe i transportowe, zajmujące się wywożeniem tych zwierząt do Meksyku. Ponieważ jadą na ubój, nie potrzebują żywności ani wody. Ich cierpienia zaczynają się na długo przed wyładunkiem w rzeźni.

Kiedy wchodzimy do sklepu zoologicznego, odwiedzamy giełdę zwierząt lub hodowlę, musimy zdawać sobie sprawę, iż jest to wielomiliardowy przemysł. Każde zwierzę z listy zakazanych gatunków jest dostępne, trzeba tylko umieć pytać i znać właściwych ludzi. A także posiadać odpowiedni zapas gotówki. Wiele jest potajemnie hodowanych. Jednak większość wciąż pochodzi z nielegalnych odłowów. Nie ma znaczenia, czy będzie to ostatni na świecie biały nosorożec, czy zagrożony wyginięciem orangutan z Borneo. Pan Smith chce go mieć u siebie w ogródku na przedmieściach Dallas i stać go na to. O czym tu rozmawiać?

Zamiast tylko o tym czytać, zróbmy coś. Wystarczy raz na jakiś czas podpisać petycję, pomóc w akcji, zgłosić się na ochotnika w jakiejś organizacji. A gdy widzimy coś złego, zareagować. Donieść. W tym przypadku będziemy rozgrzeszeni. Powtarza nam się przecież od zawsze, że człowiek, który jest okrutny dla zwierząt, nie dba o ich los, czy jest obojętny na ich krzywdę, podobnie postępuje z ludźmi. Nie miejmy co do tego złudzeń.

Miłego weekendu.

Rafał Jurak
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.