Bitwa o Anglię – lotniczy punkt przełomowy
Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa
----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

„Jeszcze nigdy tak wielu nie zawdzięczało tak wiele tak nielicznym”. Chociaż te słowa Churchilla wbrew legendzie nie dotyczą tylko polskich pilotów, bardzo trafnie opisują istotę problemu – latem i wczesną jesienią 1940 roku na brytyjskim niebie miała miejsce jedna z decydujących bitew II wojny światowej.

W maju i czerwcu 1940 roku hitlerowska III Rzesza brawurowym uderzeniem pancernego blitzkriegu podbiła niemal całą kontynentalną część zachodniej Europy. Dania, Norwegia, Luksemburg, Holandia, Belgia i wreszcie Francja leżały pokonane u stóp Wehrmachtu. Zwłaszcza ostatni sukces Niemców był wyjątkowy – armia francuska dwadzieścia lat wcześniej pokonała ich w I wojnie światowej. Po tym, jak w Compiègne podpisano zawieszenie broni, Francuzi nie byli już zagrożeniem – północną i zachodnią część kraju (z wybrzeżem atlantyckim) Niemcy okupowali, w centrum i na południowym wschodzie powstało zaś marionetkowe, autokratyczne i kolaboracyjne państwo Vichy.

Wydawało się, że nikt już nie stanie na drodze rozpędzonych wojsk Hitlera. Na pewno nie mogła uczynić tego Wielka Brytania – drugie wielkie mocarstwo alianckie, zmuszone do haniebnej ucieczki z Dunkierki bez ciężkiego sprzętu, okrążone na wyspie przez „wilcze stada” niemieckich okrętów podwodnych zatapiających konwoje z zaopatrzeniem. Neville Chamberlain, premier, który najpierw ustępował Hitlerowi, a potem zdecydował się wesprzeć Polskę w oporze przeciwko agresji, został zmuszony do dymisji. Jego miejsce zajął Winston Churchill – stary i doświadczony polityk Partii Konserwatywnej, w czasie Wielkiej Wojny minister floty oraz wojny, człowiek o silnym charakterze i nie zawsze łatwy w obyciu. Na czele rządu stawał w momencie, gdy wszystko wydawało się walić. Odmówił jednak propozycji ustępstw ze strony Hitlera, a w pierwszym przemówieniu powiedział Brytyjczykom, że „nie ma nic do zaoferowania, tylko krew, trud, łzy i pot”.

Generałowie Wehrmachtu snuli plany ataku na Wielką Brytanię, który miał nosić kryptonim „Lew Morski” (niem. Seelöwe). W praktyce wykonanie tego pomysłu nie było takie proste, wymagało bowiem zaangażowania ogromnych sił nie tylko lądowych, ale i powietrznych i przede wszystkim morskich – tysiące żołnierzy niemieckich musiało być w końcu wyładowanych w brytyjskich portach i na plażach, a sama operacja byłaby zapewne porównywalna z późniejszym o cztery lata lądowaniem aliantów w Normandii. Wiadomo było jednak, że żeby móc w ogóle myśleć o inwazji, Niemcy musieli wywalczyć nad Wielką Brytanią przewagę powietrzną. Pozwoliłoby to trzymać w szachu potężną Royal Navy i zabezpieczyć planowany desant.

Luftwaffe miało swoje doświadczenia w zdobywaniu dominacji w powietrzu z poprzednich kampanii europejskich. Od 1 września Niemcy bardzo intensywnie starali się zwalczać lotnictwo wroga – jedną z głównych metod było atakowanie lotnisk, niszczenie samolotów stojących w hangarach i na zewnątrz czy bombardowanie pasów startowych tak, by nie nadawał się do użytku. Hitlerowskie lotnicy byli dobrze wyszkoleni i posiadali niezłe maszyny myśliwskie do walk powietrznych, a także bardzo dobre bombowce wspierające działania ich wojska.

Za początek lotniczej bitwy o Anglię uznaje się 10 lipca 1940 roku. Niemcy przez całe lato z coraz większą intensywnością atakowali cele po drugiej stronie Kanału La Manche – bazy lotnicze, porty, konwoje morskie i zakłady przemysłowe oraz warsztaty naprawy samolotów. Przeciwko kolejnym falom nalotów Brytyjczycy podrywali własne siły myśliwskie – samoloty Hawker Hurricane i Supermarine Spitfire. System obrony powietrznej Wyspy był dużo bardziej rozbudowany, a ważną rolę odegrał sprawny system wczesnego ostrzegania, w którym po raz pierwszy na szeroką skalę wykorzystano radary. Głównodowodzący Fighter Command, marszałek Hugh Dowding, stworzył centralny system dowodzenia, w którym dane z radarów i od obserwatorów trafiały do punktu dowodzenia, a stamtąd do konkretnych jednostek myśliwskich.

Przez cały sierpień 1940 roku Niemcy intensywnie realizowali swój plan niszczenia brytyjskiego lotnictwa. Anglicy mierzyli się przede wszystkim z brakiem wykwalifikowanych pilotów – ci, którzy trafiali po przeszkoleniu do linii szybko ginęli lub odnosili rany, nie było więc komu podrywać samolotów do walki. Stąd też w szeregach RAF pojawili się przedstawiciele innych państw sojuszniczych – od Kanady i innych dominiów, przez ochotników amerykańskich, po Czechosłowację czy Polskę.

Polacy, głównie absolwenci przedwojennej Szkoły Orląt w Dęblinie, walczyli w eskadrach brytyjskich oraz w dwóch dywizjonach narodowych – 302 i 303. Zwłaszcza ten drugi zapisał się złotymi zgłoskami w historii bitwy, chociaż wszedł do walki już po przełomie w starciu. Piloci z 303 – Witold Urbanowicz, Jan Zumbach, Witold Łokuciewski, Zdzisław Krasnodębski – okazali się bardzo skuteczni, a oddział osiągnął jeden z najlepszych wyników jeśli chodzi o zestrzelenia. Polscy piloci stali się przez chwilę idolami Brytyjczyków, symbolizując dzielnych sojuszników walczących za wspólną sprawę.

Ostatecznie Niemcy w październiku przegrali powietrzne starcie o Anglię – nie zniszczyli sił RAF, skupiając się w pewnym momencie na bombardowaniu miast. Hermann Göring popełnił liczne błędy w dowodzeniu, a samoloty, które sprawdziły się na kontynencie, okazały się za słabe do wygrywania kampanii lotniczych. Samotna wyspa obroniła się, a po kilku latach, wraz z innymi sojusznikami, wygrała II wojnę światową.

Tomasz Leszkowicz