----- Reklama -----

Luxahaus Beyond

(773) 205-0303

Zaloguj się
Subskrybuj

08 stycznia 2017

Udostępnij znajomym:

Rok 2016 chyba wszyscy zapamiętamy. Każdy z innego powodu. A może nie? Przecież w poprzednich latach wydarzyło się sporo, a dziś mało z tego pamiętamy. Ważne jest również w jakiej części świata żyjemy. Spójrzmy choćby na języki i najważniejsze w nich wyrazy.

W USA określenie roku ma wydźwięk pejoratywny, nacechowane jest negatywnymi emocjami i odzwierciedla jeden z niechlubnych elementów zakończonej już kampanii wyborczej. “Post truth” nawet bez tłumaczenia brzmi groźnie. Rok pod wieloma względami nie był najlepszy, podzielił nas, osłabił. Ale to nie znaczy, że reszta świata postrzega 2016 podobnie.

W Japonii słowem roku, a właściwie znakiem, wybrano “kin”, określające pieniądze lub złoto. Opinia publiczna głosując na to określenie nawiązała do rekordowej liczby medali olimpijskich dla tego kraju, afery związanej z nadużyciami w publicznych funduszach, a także koloru włosów Donalda Trumpa, wkrótce prezydenta. Serio, Japończycy wydają się spoglądać na świat inaczej, bardziej różowo, i nawet w nienajlepszych wiadomościach starają się dostrzec coś pozytywnego.

Dobrym źródłem poznania myśli innych mieszkańców naszej planet jest wyszukiwarka google. W Europie w ostatnich 12 miesiącach jednym z najczęściej wpisywanych do niej słów była “ksenofobia”. Oczywiście związane to jest z problemem uchodźców, ale w inny sposób, niż moglibyśmy się domyślać. Tak naprawdę to wiadomość ta jest dobra, oznacza, że ludzie jeszcze są w stanie dostrzec u siebie i innych niebezpieczne emocje.

Naukowcy z Cambridge Dictionary w 2016 roku też obserwowali wzrost zainteresowania poszczególnymi słowami i wyrażeniami we własnych wydawnictwach i na stronach internetowych. Zwyciężyło “paranoidalny”. Moglibyśmy nad tym fenomenem zastanawiać się długo, ale wystarczy rozejrzeć się wokół i wszystko zaczyna być jasne.

O wybranym na słowo roku “post truth” przez Oxfrod dużo pisaliśmy i słyszeliśmy, więc przechodzimy dalej, zwłaszcza że wspomniane było na początku tego tekstu. Przenosimy się do Norwegii, gdzie wybór padł na “hverdagsintegrering”, co w wolnym tłumaczeniu oznacza codzienną integrację. Określenie to stało się popularne po wystąpieniu tamtejszej premier, która na początku roku zwróciła uwagę na światowy chaos i spokój w jej kraju. Zachęcała do stopniowej integracji z uchodźcami. Małymi krokami. Zabrania nowego dziecka w szkole na trening piłki nożnej razem z synem lub córką. Zatrudnienie w firmie osoby o egzotycznym nazwisku, nawet uśmiechnięcie się do nowoprzybyłego spotkanego na zakupach. W ubiegłym roku do Norwegii dotarło kilkadziesiąt tysięcy osób z Bliskiego Wschodu, co dla tego niewielkiego, północnego kraju było sporym wydarzeniem. Norwegowie uważnie obserwują wydarzenia w innych krajach i mają się na baczności, jednocześnie nie przeszkadza im to w wyrażaniu życzliwości i pomocy innym.

W Chinach też bawiono się w podobny sposób. Mam na myśli wybór słowa oczywiście. W przeprowadzonej tam ogólnokrajowej sondzie wybór padł na określenie “gui”, czyli prawo lub regulacja. Chińczycy czują, że rząd zaczyna ich w ostatnich latach nieco bardziej kontrolować. Po okresie odwilży wszystko tam wraca do normy.

Jest jeszcze jedno określenie, wyróżnione w Chinach w 2016 r. To “xiao mubiao”, co przetłumaczyć można na “małe kroczki”. Nie chodzi wcale o jakąś nową formę treningu, czy zabawy. Sprawa jest poważna i dla przeciętnego mieszkańca zachodu, do niedawna najbardziej zamożnej części świata, już mało zrozumiała, niestety. “Xiao mubiao” odnosi się do pierwszych kroków w biznesie. Jak powiedział w jednym z wywiadów najbogatszy mieszkaniec tego kraju, Wang Jianlin, należy wyznaczyć sobie niewielkie cele, a do bogactwa dochodzić małymi krokami. Na początek trzeba zarobić 100 milionów yuanów, czyli uwaga, ok. 14 milionów dolarów. Tak, uśmiechnąłem się najpierw o tym czytając, ponownie pisząc o tym tutaj. No bo jak się nie uśmiechnąć? Chyba podobna reakcja wystąpiła u wielu mieszkańców Chin, choć z różnych powodów. Dla jednych było to zabawne stwierdzenie, dla innych biznesowe objawienie i dobra rada. Wspólnymi głosami wybrano więc “małe kroczki” jako jedno z najważniejszych powiedzeń roku.

Austria pozostała przy polityce. Chyba. Nie jestem pewien. Wybrane przez ten kraj słowo roku to “bundespraesidentenstichwahlwiederholungsverschiebung”. Związane jest z wyborami, które są ciągle powtarzane i z różnych powodów unieważniane. Faktycznie, Austriacy do urn wędrowali w 2016 czterokrotnie, od kwietnia do grudnia. Długi okres, długie słowo. Prawie jak nazwa wulkanu w Islandii.

Jest jeszcze Australia. Kraj o którym słyszeli wszyscy, zna go mało kto. Żyją tam na uboczu najważniejszych wydarzeń globalnych, przynajmniej tak nam się wydaje. Potwierdza to wybrane tam określenie roku: “demokratyczna kiełbasa”. Proszę nie mylić jej z naszą “kiełbasą wyborczą”. Australijczykom chodzi o faktyczną wędlinę, grillowaną i serwowaną na bułce z dodatkami w punktach wyborczych. Ponieważ głosowanie jest tam obowiązkowe (w tym roku wzięło w nim udział 90 proc. społeczeństwa) to i kiełbasy zjada się sporo. Ponieważ kampania wyborcza w Australii była wyjątkowo długa jak na ten kraj (2 miesiące!), kandydaci nieciekawi, pogoda upalna, to uznano że najciekawszym elementem głosowania była kiełbasa. I tak zostało. Jak tu nie myśleć, że Australijczycy pochodzą z innej planety?

Żyjemy w wielkiej, globalnej wiosce, ale granice oddzielające różne kraje, kultury i języki wciąż funkcjonują. Wcale nie żyjemy tym samym, mamy różne spostrzeżenia i potrzeby. Fakt, w minionym roku większość spraw dotyczyła polityki, ale w jakże innym wymiarze, czego nie podejrzewalibyśmy oglądając wyłącznie amerykańskie media. Więc w Nowy Rok proponuję “małymi kroczkami”, zajadając “demokratyczną kiełbasę” i rozmyślając o “kin”. Będzie dobrze.

Miłego weekendu.
Rafał Jurak

----- Reklama -----

MCGrath Evanston Subaru

----- Reklama -----

Dentysta

----- Reklama -----