----- Reklama -----

Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa

----- Reklama -----
Rafał Jurak

Rafał Jurak


Kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Udostępnij swoim znajomym:

– Powinno być sto dziewiętnaście – cztery kilo wam brakuje.
– Schudłem cztery kilo!
– No, słowem przywozicie do kraju, cztery kilogramy obywatela mniej. A gdyby tak każdy wracał ze stratą paru kilo, byłoby nas mniej coraz!
– To co mam zrobić?
– Sześćdziesiąt za każdy brakujący.

Pamiętacie tę scenę z „Misia” na granicy? Śmieszne, takie nierealne… A teraz początek trzeciej dekady XXI w. i odwrotna sytuacja:

– Sto dziewiętnaście!
– A powinno być sto piętnaście – cztery kilo za dużo.
– To co mam zrobić?
– Sześćdziesiąt za każdy dodatkowy.

Tak, jesteśmy na lotnisku i przechodzimy odprawę. Dopłata nie tylko za bagaż, również za nadwagę. Choć na razie to satyra, wkrótce może przestać śmieszyć. Coraz częściej zdarza się, że linie lotnicze odmawiają większym osobom miejscówki w samolocie uznając, że zabierają zbyt dużo miejsca opłaconego przez siedzącego obok pasażera. Grzecznie, choć stanowczo tłumaczą, że przelot wymaga wykupienia dodatkowego miejsca. Osoby takie zwykle podnoszą głos krzycząc, że to dyskryminacja i zapowiadają wniesienie pozwu i już w wyobraźni liczą wysokie odszkodowania za wszelkie straty.

Kraj w takich sytuacjach dzieli się na kilka obozów. Jedni im współczują i łączą się w cierpieniu. Inni uznają, że nie jest to pierwszy ani ostatni taki przypadek i nie bardzo jest się czym emocjonować. Trzecia grupa szydzi i sugeruje diety oraz ćwiczenia.

Mimo upływu czasu i powtarzania się podobnych przypadków mam dylemat, nie potrafię się zidentyfikować z żadną ze stron konfliktu.

Z jednej strony rozumiem, że osoby otyłe muszą liczyć się z dodatkowymi kosztami podróżując samolotem. Miejsca jest tam niewiele, równo jest podzielone i każdemu przysługuje jeden, niewielkich rozmiarów fotel. Chcemy zająć dwa, dopłacamy. Tu nie ma dyskusji, takie są prawa rynku. Jeśli płacimy za jeden kawałek pizzy, to nie dostajemy dwóch, mimo że po jednym nie zaspokoiliśmy głodu. Nikt nie powinien robić z tego zdarzenia afery i raczej przygotować się na wyższe koszty każdej podróży lub znaleźć alternatywny środek transportu. Może też – jak sugerują niektórzy – spróbować ćwiczeń i diety.

Z drugiej strony zastanawiam się, gdzie jest granica, do przekroczenia której nie powinniśmy dopuścić.

Jeszcze niedawno podróż samolotem była przyjemnością. Dla każdego z innego powodu, ale przynajmniej sam lot nie psuł nam humoru. W tej chwili na myśl o podniebnym podróżowaniu u większości z nas pojawia się grymas na twarzy. Najpierw trzeba się spakować. Nie jest to proste, zważywszy na liczbę zakazów i nakazów oraz ograniczenia wagowe. Gdy jakiś czas temu kilka linii wprowadziło opłatę za drugi bagaż krzyk się podniósł ogromny. Gdy wprowadzano opłaty za pierwszą, było już ciszej. Dziś to niemal standard, z kilkoma chwalebnymi wyjątkami.

Potem trzeba przejść kontrolę. Czasami ochrona lotnisk nadużywa naszej cierpliwości i wyrozumiałości. Na miejscu musimy meldować się kilka godzin wcześniej, stoimy w długich kolejkach, gdzie na nas pokrzykują, wydają rozkazy, każą się rozbierać i poddają wyrywkowym testom na obecność śladowych ilości materiałów wybuchowych. Gdy po tych zabiegach dostajemy się na drugą stronę bramki, godzinami czekamy na zawsze spóźniony samolot. Spóźnienia rujnują najwspanialszą podróż. W końcu dostajemy się na pokład totalnie zmęczeni i czasem poddenerwowani, a tu jeszcze trzeba stawić czoła wymaganiom małej kabiny, mikroskopijnych siedzeń i nieznoszącej sprzeciwu załogi.

Współczesne samoloty niewiele różnią się od autobusu. Powiedziałbym nawet, że pod wieloma względami im ustępują. Z roku na rok linie lotnicze upychają w nich coraz więcej foteli, ograniczają przestrzeń każdego pasażera, domagają się opłat za najmniejsze drobiazgi do tej pory przysługujące płacącym setki lub tysiące dolarów podróżnym.

Wchodzenie na pokład?

W pierwszej kolejności pierwsza klasa, w drugiej posiadacze platynowych kart członkowskich naszych linii, następnie złotych, srebrnych, po czym brązowych. Teraz reszta, ale grzecznie i nie podskakiwać.

Siedzimy. Ale niech nam spadnie na podłogę gazeta lub książka. Podniesienie jej to niezły trening dla całego ciała i test cierpliwości dla współpasażera, gdy nasza głowa nagle znajdzie się na jego kolanach, a ręce zostaną uwięzione pomiędzy fotelami. Płacimy ekstra za wszystko - 2 cale więcej na nogi, miejsce bliższe wyjścia lub przejścia, słuchawki, w niektórych liniach za koc i poduszkę. Jeszcze światło na fotelem i papier toaletowy w WC są za darmo. Ale to się zmieni. Pewnego dnia usłyszymy, że "w przypadku dekompresji kabiny proszę wrzucić do otworu z prawej strony fotela $2.50 w celu uruchomienia mechanizmu opuszczającego maskę tlenową".

Jeśli chodzi o linie lotnicze to wiemy już, że wykorzystają każdą okazję do zaoszczędzenia lub zarobienia dodatkowych pieniędzy. Statystyki mówią, że 65% społeczeństwa amerykańskiego ma nadwagę. W innych krajach współczynnik ten jest niższy, ale notuje się tendencję zwyżkową. Czy jest niemożliwe, że za jakiś czas cena biletu lotniczego będzie zależała od wagi pasażera?

Po przerwie zapełniają się lotniska i pokłady samolotów i zaczynamy sobie przypominać, dlaczego podróżowanie w ten sposób przestało nam sprawiać przyjemność. Ale pamiętajmy, że jeszcze nie jest źle! Będzie znacznie gorzej.

Miłego weekendu.

Rafał Jurak
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.