Low-fart burger
Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa
----- Reklama -----
Rafał Jurak

Rafał Jurak


Kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Udostępnij swoim znajomym:

Wiele osób, słusznie chyba, łączy dietę z samopoczuciem, zdrowiem, a także przemianą materii i innymi procesami trawiennymi. Każdemu chyba zdarzyło się zjeść coś cięższego i cierpieć później z tego powodu. Często i przy okazji niestety, nie z własnej winy, cierpi też najbliższe otoczenie.

To nie tylko ludzka przypadłość. Zwierzęta mają podobne problemy, zwłaszcza gdy odżywiają się wyłącznie tym, co im człowiek poda lub wskaże. W niektórych przypadkach cierpi nie tylko najbliższe otoczenie, ale całe środowisko naturalne. Nawet rośliny i zwierzęta po drugiej stronie planety.

Kto by pomyślał jeszcze kilka lat temu, że sieć Burger King znajdzie się wśród firm przodujących pod względem ochrony środowiska. Oczywiście na taką listę nietrudno trafić, wystarczy najpierw truć na potęgę, a później obniżyć poziom zanieczyszczeń o 10% i już jesteśmy bohaterami. W przypadku popularnej wśród niektórych szybkiej jadłodajni sprawa jest jednak bardziej skomplikowana…

W wybranych punktach tej sieci pojawiła się kanapka o nazwie Reduced Methane Emissions Beef Whopper. Oczywiście nikt tej nazwy nie używa, bo mało kto ją pamięta, a poza tym niemal natychmiast pojawiło się określenie alternatywne – low-fart burger. Ponieważ posługują się nią niemal wszystkie media w kraju, czuję się usprawiedliwiony. Zwracam uwagę, by nie mylić z low-fat, czyli ograniczoną zawartością tłuszczu. Chodzi o określenie low-fart, wskazujące na obniżoną emisję gazów będących ubocznym produktem trawienia. U krów. Czyli zwierząt, z których pozyskiwane jest mięso będące podstawą hamburgerów.

Dzięki miliardom dolarów wydanym na badania wiemy już od jakiegoś czasu, jakie są główne źródła sztucznej emisji gazów cieplarnianych. Jak pamiętamy, odpowiedzialne są za nie głównie przemysł i transport, jednak hodowla bydła też odgrywa sporą rolę w tym procesie. Od czasów gdy człowiek zaczął masowo produkować żywność, hodowla zwierząt odpowiedzialna jest za niemal ¼ zmian klimatycznych.

W samych Stanach Zjednoczonych ok. 9 proc. gazów cieplarnianych pochodzi z produkcji rolnej, a ponad 3 proc. pochodzi od krów. Przepraszam, ale nie ma co bawić się w wyszukane określenia – krowa pierdzi i beka na potęgę, produkując przy okazji nieprawdopodobne ilości szkodliwego metanu.

Dochodzimy do sedna sprawy. Burger King postanowił walczyć ze zmianami klimatycznymi zmieniając dietę krów tak, by wydalane przez nie gazy były mniej szkodliwe. Podobno wystarczyło w diecie zmienić maleńką ilość zwykłej trawy na określoną, bardziej szlachetną odmianę, a już zawartość metanu spadła o 30 proc. Reszta procesu wygląda tak samo, mięso pozyskuje się w podobny sposób, tyle że zalicza się ono już do przyjaznego naszej planecie rodzaju Reduced Methane Emissions Beef. Czyli low-fart. Nie jestem w stanie określić, czy smak jest inny, od wielu lat nie miałem wołowiny w ustach, jednak nie sądzę, by nawet największy smakosz zauważył różnicę.

Czego się nie robi dla sławy, popularności lub reklamy!

Okazuje się, że Burger King kombinuje nieco. Otóż w celu zaoszczędzenia chyba na szlachetniejszych odmianach trawy, stosuje lepszą ich mieszankę w diecie krów dopiero w ostatnich chwilach ich życia, tuż przed wysyłką do rzeźni. W związku z tym całkowita obniżka emisji metanu jest niewielka, wynosi zaledwie 3 proc. Pozostałe 97 proc. bez przeszkód trafia do atmosfery. Ale ile się o tym mówi i pisze, wszystkie dzienniki, serwisy informacyjne, a nawet my poruszamy ten temat. Oczywiście w związku z poważniejszymi problemami i tak mało kto zwrócił na to uwagę, ale jednak…

Przypomina mi się rok 2011, gdy w ramach walki ze zmianami klimatycznymi Australia przymierzała się do wybicia u siebie wszystkich dzikich wielbłądów. Krów nie chcieli ruszać, bo były potrzebne, a po wielbłądach nikt miał nie płakać. Nowa Zelandia w tym samym mniej więcej czasie zaczęła pracować nad szczepionką dla zwierząt obniżającą poziom metanu w wydalanych przez zwierzęta gazach. Podobno wciąż nad nią pracują.

Na szczęście władze Australii nie dokonały tego masowego mordu, bo po pierwsze, badania wykazały, iż pozbycie się wielbłądów nie polepszy świata; po drugie, większość mieszkańców wyraziła w tej sprawie odmienne zdanie od władz. Australia to w ogóle ciekawy kraj, bo zdanie mieszkańców ma dla tamtejszych władz znaczenie.

Wielbłądom udało się ocalić życie, ale naukowcy postanowili badać sprawę dalej. Chcieli sprawdzić, ile tych gazów tak naprawdę wydzielają te zwierzęta. Zbudowano więc specjalną komorę do badań, proszę wybaczyć, ale określenie "gazowa" samo się tu nasuwa. Było to szczelne pomieszczenie z setką czujników. Do wnętrza zagoniono pięć wielbłądów, pięć alpak oraz sześć lam, czyli przedstawicieli całej rodziny wielbłądowatych. Zwierzęta jadły, pierdziały, a naukowcy badali powietrze. Wnioski? Wielbłądowate wydzielają mniej gazów niż krowy, bo mniej jedzą. Trochę jak z ludźmi…

Krowa i inne zwierzęta są bohaterami wielu negatywnych przysłów i powiedzeń. Myślę, że w porównaniu do wielu z nas mają sporo do zaoferowania, a nawet wydzielany przez nie metan szkodzi w mniejszym stopniu niż niektóre nasze pomysły. Polowanie na krowy i wielbłądy trwa, a w tym czasie jedna duża konwencjonalna elektrownia w większym stopniu zatruwa atmosferę niż wszystkie stada bydła w kraju.

Miłego weekendu.

Rafał Jurak
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.