----- Reklama -----

Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa

----- Reklama -----
Rafał Jurak

Rafał Jurak


Kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Udostępnij znajomym:

Znacie tę chwilę, gdy siedząc prawie bez ruchu, wpatrzeni w nieokreślony punkt gdzieś przed sobą, z głową pozbawioną myśli, relaksujecie się wsłuchani jedynie we własny oddech? Może to być w parku, na plaży, nawet we własnym domu. Czyż to nie wspaniałe uczucie, takie nierobienie niczego? Pewnie znacie…

Holendrzy nazywają to niksen, reszta świata bezczynnością. Osobiście wolę tę pierwsza nazwę, bo nie odczuwam przy niej wyrzutów sumienia. Wyobraźmy sobie, że dzwoni telefon:

- Co robisz?

- Nic, siedzę sobie bezczynnie.

Pewnie od razu w głowie naszego rozmówcy pojawia się myśl, że obijamy się, a tyle rzeczy na nas czeka. Trzeba nakarmić psa i kota, odpisać na wiadomości, odebrać dziecko ze szkoły, zebrać liście za domem, zmyć naczynia. Jakby słysząc te nieme uwagi zaczynamy się czerwienić, choć przez telefon tego nie widać. Z głębokim westchnieniem podejmujemy decyzję ruszenia tyłka i wzięcia się za jakieś pożyteczne lub konieczne zajęcia.

Ale gdy użyjemy słowa niksen wszystko wygląda inaczej. Bezczynność staje się celem działania. Jesteśmy usprawiedliwieni, nie musimy się tłumaczyć, świat nas rozumie, znajomi i rodzina też.

O istnieniu niksen dowiedziałem się lata za późno! To cała filozofia, to styl, cel, dążenie. Ach, ci Holendrzy, wiedzą, co w życiu dobre.

Trochę dziwi, w jaki sposób niksen wpasował się w tamtejsze zamiłowanie do działania. Podejrzewam, że będąc wychowanym w społeczeństwie, które nie znosi lenistwa, poddawanie się temu stanowi musi wymagać sporej, holenderskiej samodyscypliny.

Kiedyś bez planowania, przypadkowo, wpadłem w ten stan. Nie planowałem, nie zamierzałem, nie dążyłem do tego. Była to pewna odmiana niksen, gdyż siedziałem bez ruchu, oczy miałem szeroko otwarte, a targające mną sprzeczne myśli znosiły się nawzajem pozostawiając totalną pustkę. Powiedziałbym, że zastygłem w osłupieniu.

Otóż przeglądając różne ciekawe strony trafiłem na zapowiedź produktu, chyba kuchennego. Choć do dziś nie jestem pewny, czy na pewno. Grupa młodych wynalazców stworzyła solniczkę wyglądającą jak mały walec, trochę jak głośnik stojący na stole, mieniący się wielokolorowymi światełkami. Albo jak kosmiczny termos. Oczywiście wyposażono ją w bluetooth i wifi, więc automatycznie podłączała się do naszego mądrego telefonu i jeszcze mądrzejszego domu, najlepiej zestawu inteligentnych głośników Alexa lub Google. Po co?

By operując telefonem lub głosem regulować natężenie i kolor światła. Solniczka służy za lampkę, jak trzeba pobudza nastrój lub pozwala odczytać menu w restauracji. Albo przepis w książce kucharskiej.

To nie wszystko, o nie! Oczywiście, że ma wbudowany głośnik!

Możemy poprosić solniczkę (brzmi idiotycznie, czyż nie?) o zagranie jakiegoś romantycznego lub popularnego kawałka z listy przebojów. Lub kołysanki dla dziecka. Bo solniczka ta, nazwana Smalt z połączenia wyrazów smart i salt, w przeciwieństwie do głupich solniczek tylko z dziurkami, może być przeniesiona do sypialni, do łazienki, nawet do garażu.

Najlepsze jednak zostawiłem na koniec.

Pozwala ona również na dozowanie soli. To nie jest takie zwykłe solenie. To jest wysoce zaawansowana funkcja techniczna połączona ze sztuką. Otóż chcąc coś posolić mówimy do niej, by nam dała nieco soli. Możemy tez użyć odpowiedniej aplikacji w telefonie. Na przykład chcemy pół łyżeczki. Słyszymy lekki trzask i szum, po czym w maleńkiej szufladce znajdującej się w podstawie gromadzi się wydzielona porcja przyprawy. Wyjmujemy szufladkę, przesypujemy zawartość do garnka lub talerza i już. Jeśli chcemy tradycyjnie, potrząsnąć nią jak głupią solniczką, to chwytamy telefon, uruchamiamy aplikację i potrząsamy nim. W szufladce pojawia się wytrząśnięta telefonem sól.

Wówczas Smalt był na etapie tworzenia. Nie można było tego kupić. Sugerowana, przyszła cena wynosiła $199. Ciekaw byłem, czy rynek to kupił. Na szczęście nie. Po zebraniu kilkunastu tysięcy od inwestorów pomysł padł, a pieniądze przepadły.

Pamiętam, jak w osłupieniu wpatrywałem się wtedy w informacje na ten temat. Totalny niksen, bez zakłóceń. Bo trzeba przyznać, że niewiele głupszych pomysłów w życiu widziałem. Bezprzewodowy głośnik z funkcją solenia. Jakby pojawił się z przeznaczeniem na pieprz, byłby to głośnik z funkcją pieprzenia. I tu zaczynamy wchodzić w prawdziwe tematy życiowe.

Głupiejemy. Każdego dnia. Czekam na telewizor z wbudowanym opiekaczem i mikrofalówkę z funkcją spania. Młodym wynalazcom życzę wielu sukcesów. Doskonale wyczuwają rynek i potrzeby.

Miłego weekendu.

Rafał Jurak
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.