----- Reklama -----

Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa

----- Reklama -----
Idalia Błaszczyk

Idalia Błaszczyk


Kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Udostępnij znajomym:

To, kim chcesz być, drogie dziecko - ministrą, ministerką, czy panią minister? A może poślicą, panią premier czy też premierką, albo premierą? Premiera brzmi jak z teatru, premierka przypomina przepierkę, a posłanka, czy też poślica przyjmuje w swoim biurze gościnie, czyli goście i piją kawę, którą podała im sekretarka, a nie sekretarzyni, bo to całkiem dwie różne osoby!

Feminatywy doprowadzają do szału codzienność językową. Już od lat się to coś po współczesnej polszczyźnie panoszy, ciągle jednych śmieszy, a innych zagrzewa do walki. Tak, do walki, bo jeśli ktoś nazwie profesorkę "panią profesor", może być uznany za wstecznika, prześladowcę kobiet, seksistę, zwolennika dyskryminacji ze względu na płeć!

Mamy więc do czynienia z ciekawą formą poprawności politycznej, wyrażającą się poprzez język, poprzez przymus używania żeńskich końcówek rzeczowników żywotnych osobowych. Nie ma męskiej formy słowa puszka i nikomu to nie przeszkadza, ale nie o takie wyrazy chodzi. Chodzi o żywotne - czyli nazwy funkcji /sekretarz - sekretarka - sekretarzyni/ i zawodów - jak nauczyciel i nauczycielka. Do nauczycielki jesteśmy oczywiście w praktyce językowej przyzwyczajeni, ale już gościni wzbudza... no właśnie. Jedni się śmieją, inni używają i baczą, by w mowie oficjalnej tak właśnie się wyrażać. Bo jeśli nie... to już wiemy: wstecznictwo, odbieranie kobietom praw, przyzwolenie na dyskryminację.

Mam nadzieję, że język sobie z tymi nowościami poradzi i w końcu to, co się przyjmie -  przestanie nas śmieszyć. Kiedyś zgrozę wzbudzał widok kobiety ubranej w spodnie, a dziś? Niechęć może jednak wzbudzać pewna przesada, czy też nadgorliwość. Chodzi o arbitralne posądzenie o sprzyjanie antyfeministycznym ruchom i postawom tylko dlatego, że mówimy tak, jak nakazuje tradycyjna poprawność językową. Nadgorliwość /jak wiemy gorsza od faszyzmu/ prowadzi do tak zabawnych zdarzeń, jak to z ostatnich dni z polskiej prasy. Czytam oto, że "Agnieszka... BYŁ gościnią" w pewnej audycji. Prosty błąd, ale rezultat zabawny właśnie w kontekście tych poprawnościowych wojen. Czy współczesne feministki zyskują na rygorystycznym wymuszaniu tych żeńskich form, czy też "śmieszą, tumanią i przestraszają", a więc zniechęcają do swojej słusznej walki.

Może ma to sens, bo ciągle podkreśla rosnącą obecność kobiet, choćby w polityce, ale jednocześnie daje łatwe argumenty do rąk kobiet, tak kobiet, ale stojących z drugiej strony politycznej barykady.

Nie tylko polski feminizm, pamiętajmy - to jest cześć walki o prawa człowieka, przybiera takie nie dla wszystkich jasne formy. Tu w USA porządni dobrzy ludzie chcąc się odciąć od rasizmu, jego przeszłości i teraźniejszość, też popadają w... absurd! Oto jedna ze szkół, zdaje się w Seattle, ogłosiła, że nie będzie celebrować w tym roku Halloween. Dlaczego? Bo kilku czarnoskórych uczniów powiedziało, że nie czują się w tym święcie komfortowo. Więc, żeby nie ranić ich uczuć, żeby nie zostawić ich na przykład w świetlicy, gdy reszta uczniów będzie dokazywać - likwiduje się święto dla wszystkich. Nazywa się to wylewaniem dziecka z kąpielą, ale w kontekście rasizmu ma jeszcze inne znaczenie. Za wszelką cenę chcemy pokazać mniejszościom, że jesteśmy w porządku, więc rezygnujemy ze swojej tożsamości, by pokazać, że nie jesteśmy oprawcami. Zamiast żyć razem, wzajemnie szanując swoje wartości, chcemy czynić pokój poprzez rezygnację? Oddam ci moje obyczaje, czy wtedy uwierzysz, że jestem w porządku? Co jeszcze powinienem ci oddać? Czy wtedy ty będziesz mnie szanował, a ja ciebie kochał, gdy oddam ci jeszcze coś, co? Ile? Ciągle nie mamy więc pomysłu, jak być razem w różnorodnym świecie.

Każdy z nas pewnie słyszał taką opowieść: wiesz, on był Chińczykiem, ale był całkiem taki jak my! Grał z nami w piłkę, śledzie zajadał, nauczyliśmy go kląć po polsku. Fajny chłop!

A ile chińskiego nauczyliśmy się od tego fajnego chińskiego chłopa? Ile się dowiedzieliśmy o jego kulturze, religii, jego sportach, lękach i radościach. Fajny był chłop, bo do nas podobny....

Dyskryminacja ma różne oblicza. Rasizm także. Akceptujemy innych wtedy, gdy stają się nami, nam podobni. Czyli - zaakceptujemy, ale dopiero wtedy, gdy się zmienią.   

Za komuny, w Polsce, był taki obyczaj, że władza do różnych prezydiów zapraszała z rozdzielnika przedstawiciela młodzieży i reprezentantkę kobiet. Oczywiście młodzież i kobiety musieli pochodzić z kręgów władzy powolnych, ale chodziło o "reprezentatywność". Cały naród przecież był z partią!

Podobnie dzieje się i obecnie. Młoda kobieta, nie białej rasy może być zatrudniona w jakiejś firmie, czy urzędzie po to tylko, by być wizytówką politycznej poprawności: widzicie? u nas pracują i kobiety i "people of color"! Dobrze to będzie wyglądać na zdjęciach w materiałach reklamowych!

Szczytna walka o prawa człowieka może więc zamienić się w coś tak powierzchownego i głupiego. Może jednak i to prowadzi do celu. Może dzięki temu osoby oporne przywykną, że są wśród nas również inni, a nawet - kobiety!

Idalia Błaszczyk
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.