Wolni i wściekli
----- Reklama -----
Rafał Jurak

Rafał Jurak


Kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Udostępnij swoim znajomym:

Po długim zamknięciu spowodowanym pandemią, zachęceni zmieniającymi się szybko porami roku, długim weekendem, ruszyliśmy w drogę. Daleko nie zajechaliśmy. Zatrzymały nas w podróży pomarańczowe słupki oznaczające roboty drogowe, korki, rozkopane ulice, dziury rozrywające podwozia samochodów. Tradycyjnie, bo przecież to nic nowego. Niech mnie ktoś poprawi, jeśli się mylę, ale przebudowa odcinka autostrady nr 90 w okolicach O`Hare zaczęła się chyba 30 lat temu. Do dziś zrobiono połowę, jeśli nie mniej. Za każdym razem, gdy to widzę zastanawiam się, po co w ogóle nam te autostrady… po czym przypominam sobie, że przecież wiem, bo co roku pojawia się ten sam temat.

Nie, nie chodziło o pomieszczenie na nich jak największej liczby szybko poruszających się pojazdów. W tamtych czasach nadmiar samochodów nie był problemem, a korki praktycznie nie występowały.

Choć oficjalnie chodziło o ułatwienie życia mieszkańcom, to jednak poważnym argumentem za powstaniem sieci autostrad była ewentualna konieczność ewakuacji dużych ośrodków miejskich w razie zagrożenia nuklearnego. W 1955 r. prezydent Eisenhower zaczął forsować ten pomysł w Kongresie. Pamiętajmy, że był to szczyt zimnej wojny, bunkier przeciwatomowy w co drugim domu i regularne ćwiczenia we wszystkich szkołach. W razie pojawienia się informacji o ataku, każde miasto miało dosłownie chwilę na ostrzeżenie i ewakuację.

To jednak nie wystarczyło. By przekonać Kongres dorzucono wygodę kierowców. Budowniczym nakazano, by stworzyli trasy łatwe i szybkie, a przy okazji pomyśleli o rozdzieleniu jadących na rodzinną wycieczkę od spóźnionych do pracy, jadących kombi od właścicieli Mustangów. To były fajne czasy, nawet na autostradach szanowano indywidualne potrzeby obywateli.

Przyjęto, że standardowa autostrada w terenie zabudowanym będzie posiadała trzy pasy. Ten z prawej dla jadących najwolniej, często poniżej dozwolonej prędkości. W tamtych czasach poprawność polityczna nie istniała, w związku z czym mówiono, iż chodzi o osoby w podeszłym wieku, kobiety oraz mężczyzn odważnych inaczej. Po zapoznaniu się z opisem projektu wyłącznie taka interpretacja przychodzi na myśl. Pamiętajmy, były lata 50. 

Pas środkowy służyć miał jadącym przepisowo, zgodnie z wyznaczonym limitem, może nieco ponad. Teoretycznie miał to być najczęściej używany pas.

Jeśli komuś spieszyło się, mógł skorzystać z trzeciego, lewego pasa. W teorii miał on służyć wyłącznie do wyprzedzania, a po takim manewrze kierowca rajdowy powinien był wrócić na środkowy do momentu napotkania kolejnego, przepisowo jadącego samochodu. Jeśli spojrzymy na zdjęcia i filmy z tamtych lat przekonamy się, że dokładnie tak to wyglądało. Lewy pas był zwykle pusty.

System funkcjonował przez wiele lat, kierowcy byli wobec siebie uprzejmi, zjeżdżali i przepuszczali się nawzajem. Prawie nigdy nie dochodziło do powstania zatoru na drodze, a jeśli już, to tylko w przypadku poważnego wypadku.

Przewijamy tę opowieść do przodu…

Zmienił się model rodziny, każdy jej członek miał już samochód, przybyło mieszkańców, zaczęło brakować dróg. Dość szybko zapomniano o pierwotnym podziale, każdy skrawek jezdni stał się cenną zdobyczą.

Dziś jadący z prędkością zaledwie 45 mil na godzinę pojazd po włączeniu się do ruchu natychmiast przesuwa się na teoretycznie najszybszy, czyli lewy pas. Nie ma to jednak nic wspólnego z wyprzedzaniem, po prostu 20 mil dalej po tej właśnie stronie znajduje się zjazd, z którego ma zamiar skorzystać operator. Wielu lubi lewy pas z innego powodu, choćby betonowej ściany wyznaczającej kierunek i wyzwalającej poczucie bliskości u nieco zagubionych. Jeszcze inni uciekają z prawej strony bojąc się zjazdów, na których pojawiają się pojazdy próbujące włączyć się do ruchu. Co robić?? Zwolnić, przyspieszyć, wpuścić, udawać niewidomego? Same problemy! Lepiej zjechać na lewo i zablokować innych.

Tak właśnie teoretycznie najwolniejszy pas stał się z biegiem lat najszybszym, bo wszyscy jadący wolno są na pozostałych. Wyprzedzanie odbywa się dziś na linii środkowej i to zarówno przez jadących po prawej, jak i lewej stronie. Zgodnie z założeniami twórców autostrad środkowy pas jest używany najczęściej, ale z całkowicie innych powodów.

Warto jeszcze wspomnieć, że choć w różnych częściach kraju zdarzały się awaryjne lądowania samolotów na autostradach, to długie odcinki proste nie są specjalnie w tym celu stworzone. Podobno to mit, choć biorąc pod uwagę pierwotne przeznaczenie szybkich dróg, łatwo w to uwierzyć. Z drugiej strony droga prosta jest najszybszą i najtańszą w budowie, więc po co robić niepotrzebne wiraże?

W Chicago te wszystkie informacje są kompletnie nieistotne. Podział na pasy różnej prędkości nie ma sensu, ze względu na zagęszczenie ruchu żaden samolot tu nigdy nie wyląduje, a o ewentualnej, sprawnej ewakuacji możemy tylko pomarzyć. Niezależnie od pory dnia, miesiąca i roku stoimy w korkach, podziwiając pomarańczowe ozdoby blokujące poszczególne pasy ruchu. Pełzniemy więc do przodu wściekli, że nawet nie da się nam szansy na otrzymanie mandatu za przekroczenie prędkości.

Miłego weekendu.

Rafał Jurak
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.