----- Reklama -----

Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa

----- Reklama -----
Rafał Jurak

Rafał Jurak


Kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Udostępnij swoim znajomym:

Pewne rzeczy są uniwersalne, niezależnie w jakiej części świata wylądujemy. Choćby uwielbienie nauczycieli dla czerwonych długopisów. Pamiętacie ze szkoły, jak obok niezadowalającej pracy domowej lub słabego wypracowania pojawiała się wielka, czerwona ocena, czasami z dodatkowym komentarzem i wykrzyknikiem w tym samym kolorze? Taak… ehmm... ja też nie pamiętam, ale widziałem to u innych. W każdym razie taka czerwień w zeszycie lub na kartce wywoływała ból głowy, drżenie rąk, ogólną słabość, czasem omdlenia nawet - głównie na myśl o przewidywanej reakcji rodziców.

Ktoś w końcu zauważył jak destruktywny wpływ na psychikę młodych ludzi ma ten kolor i zaproponował zmiany. Na początek Australia słowami jakiegoś bardzo ważnego urzędnika zasugerowała kilka lat temu, by w miarę możliwości nauczyciele unikali wystawiania ocen - zwłaszcza złych - czerwonymi długopisami i pisakami. Tamtejszy parlament nie głosował nad tym, żadna nowa ustawa się nie pojawiła, więc zajęło to chwilę. Ale dziś kolor ten wyeliminowany jest z jakichkolwiek ocen i ewaluacji szkolnych.

Przykład poszedł w świat i nad odstresowaniem młodzieży zaczęli pracować inni. Bardziej lokalnie, bo w Grand Rapids w stanie Michigan, wprowadzono na przykład całkiem nową ocenę. H zastąpiło F. Bo F to bardzo brzydka i stresująca litera, obniżająca poczucie własnej wartości wśród obdarowanych nią uczniów. H oznaczało HELD, czyli wstrzymanie wystawienia ostatecznej oceny do czasu uczynienia przez ucznia postępów w danym temacie. Ponieważ mało kto postępy czynił, zdecydowana większość H zamienia się w F po upływie 12 tygodni. Od początku jasne było dla wszystkich, że H jest tym samym co F, więc poziom stresu był taki sam, podobnie jak zaniżone poczucie własnej wartości i wybuchowe reakcje rodziców.

Zgadzam się, że w czasach szkolnych wiele rzeczy powoduje u nas stres, załamanie wiary w siebie i posiadane umiejętności. Uważam jednak, że w niewielkim stopniu, jeśli w ogóle, odpowiedzialne są za to czerwone długopisy i niektóre litery alfabetu. Rozumiem, że dla wielu osób, młodszych i starszych, niedostateczna ocena oznacza karę i życiową porażkę, natomiast możliwość zmiany jej na lepszą to nowa szansa i nadzieja. Jeśli jednak ktokolwiek wierzy - a zostało to publicznie powiedziane - iż ocena F jest powodem zniechęcenia młodzieży do nauki i odpowiedzialna za coraz większą liczbę rezygnujących z uczęszczania na lekcje uczniów, to chyba do szkoły nigdy nie chodził.

Przechodzimy tu trochę do osobnego, choć pokrewnego tematu, dyskusji właściwie, która jest prowadzona od lat - czy każdy, niezależnie od wyników, powinien być nagradzany i klepany po plecach? Coraz więcej dystryktów szkolnych rezygnuje z wręczania zwycięzcom medali za zwycięstwo w zawodach, oferując dyplomy udziału wszystkim ich uczestnikom. By każdy poczuł się wyróżniony. Bo według niektórych psychologów dziecięcych nie powinniśmy pozwolić odczuć młodym ludziom smaku porażki…

Przychylam się do obozu wyznającego zasadę, że na sukces i wyróżnienie trzeba pracować, ciężko nawet, nie tylko w sporcie, ale każdej dziedzinie życia. Jest jedno trofeum dla zwycięzcy i nie każdy ma gwarantowany awans w pracy. Wyróżnianie nas tylko za to, że jesteśmy i podejmujemy próbę to za mało. Powinniśmy się uczyć od początku, że ewentualna porażka jest nieodzownym elementem życia i zamiast rezygnować powinniśmy wtedy podwajać wysiłki. Co jakiś czas ktoś nam będzie wystawiał w życiu ocenę czerwonym długopisem, słusznie czy nie, szef w pracy, współmałżonek, koledzy. Ważne, by nie traktować tego jak końca świata. Jeśli nie nauczymy dziś tego naszych dzieci, to w przyszłości doznają one poważnego szoku połączonego z bólem głowy, drżeniem rąk, ogólną słabością i omdleniami nawet, a przede wszystkim żalem do całego świata, co skutkować będzie zamknięciem się w sobie i niską samooceną. Tylko że wtedy nie będzie w pobliżu rodziców, którzy właściwie zareagują, poprowadzą i wytłumaczą.

Porzucając ten temat powróćmy jednak do miejsca, w którym się to wszystko zaczęło. Australia. Właśnie nas poinformowano, że w kraju tym rekiny nie będą już ludzi atakować. Tak postanowiono.

Oczywiście zwierzętom tego nie wytłumaczono, więc do spotkań obydwu gatunków w dalszym ciągu będzie dochodzić, choć nie będą to już ataki. Będą to natomiast "niekorzystne spotkania". W kilku gazetach polskich "negative encounters" przetłumaczono jako "negatywne spotkania", ale mnie to określenie trochę nie pasuje. "Niekorzystne" brzmi lepiej, bo takim ono będzie dla człowieka zaatakowanego napotkanego w wodzie przez rekina. Oczywiście będą to też spotkania negatywne, bo nic pozytywnego raczej z nich nie wyniknie.

Czemu?  - ktoś może zapytać. By nie robić z rekinów potworów. W końcu to my się pchamy w ich środowisko. W końcu są to drapieżniki. Podobno próby zachowania tego gatunku są utrudnione ze względu na postrzeganie rekinów w negatywnym świetle. No i chodzi również o stereotypy. W końcu nie każdy rekin chce nas zjeść. Podobno nie wszystko stracone, bo ugryzienia wciąż będą tak nazywane, zamiast proponowanego przez niektórych "pocałunku".

A tak poważnie, to traktując z pełnym zrozumieniem potrzebę ocieplenia wizerunku rekinów ludojadów (przepraszam za to określenie), akceptując nieuniknione zmiany w języku, staram się nie myśleć, co nas czeka w przyszłości. W końcu z Australii moda pójdzie w świat, pełny skorpionów, pająków, niedźwiedzi grizzly, węgorzy elektrycznych, a także przestępców, terrorystów i ogólnie niedobrych, złych ludzi. Jak się człowiek uprze, to każdego ze wszystkiego wytłumaczy…

Miłego weekendu.

Rafał Jurak
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.