Chciwość zabija przyjemność
----- Reklama -----
Rafał Jurak

Rafał Jurak


Kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Udostępnij swoim znajomym:

Śnieg! Dużo śniegu!! Idziemy na sanki!!!!

Może nie sanki, a kolorową deskę z uchwytami oraz pompowane dętki różnych rodzajów i wielkości. Osobiście uważam, że tradycyjne były wygodniejsze i chyba nieco szybsze, ale może moja opinia wynika z faktu, że jako dzieciak miałem drewniane, ze sznurkiem i metalowymi płozami i o innych urządzeniach ślizgowych jeszcze wtedy nie słyszano. Poza tym, w pewnym momencie zaczyna nam się wydawać, że kiedyś wszystko było lepsze. Wiadomo również, że jak zaczyna nam się tak wydawać, to oznacza…

No więc sanki!!

Przez chwilę miałem wrażenie, że tylko ja mam na nie ochotę, bo młodemu jakoś perspektywa wyjścia z domu, ewentualnego przemoczenia spodni i nabicia siniaka na tyłku średnio przypadła do gustu. Ale po długich namowach udało się go przekonać. Zawsze tak jest, a później nie chce wracać. Znacie to, czy tak tylko u nas?

Pierwszego dnia zaliczyliśmy małą górkę w sąsiedztwie. Akurat była odwilż, więc czasami wpadało się w delikatną kałużę. Super! Drugiego dnia nieco dalej, duuużo większy zjazd. Spróbowałem raz. Na lodowym stopniu wyrzuciło mnie w górę i z impetem rąbnąłem siedzeniem o ziemię. Najpierw nie mogłem oddychać, a potem miałem wrażenie, że wątroba wskoczyła w miejsce żołądka. Zrozumiałem wreszcie zależność pomiędzy obrażeniami, a masą ciała. Super! Trzeciego dnia odwiedziliśmy kolejne miejsce znane z przeszłości, trochę dalej, jeszcze wyższe, ale tu nastąpiło wielkie rozczarowanie.

Zamknięte!

U podnóża górki wbita w śnieg tabliczka z napisem, że jazda na sankach jest zabroniona, ordynacja miejska taka i taka, uchwała numer z dnia, bla bla bla. Mandat też jest. Kilka stów!

Przypomniałem sobie, że nieco wcześniej czytałem artykuł o zamykanych przez miasta górkach dla saneczkarzy. Ma to miejsce u nas i w kilku okolicznych stanach. Chodzi oczywiście o bezpieczeństwo, czyli o pieniądze. Sprawa jest prosta:

Miasta zabraniają jazdy na sankach, bo rodzice od razu biegną do sądu po odszkodowanie jak tylko dziecku stanie się krzywda.

Rzeczywiście, liczba odniesionych obrażeń na górkach saneczkowych mała nie jest. Każdego roku ponad 20 tysięcy osób w wieku poniżej 19 lat trafia na pogotowie w związku z urazami związanymi z jazdą na sankach. Najczęściej są to urazy głowy, złamane kości i odmrożenia. Dobra, za odmrożenie pewnie żaden rodzic odszkodowania nie dostanie, ale jestem przekonany, iż niejeden próbował. Natomiast jeśli chodzi o pozostałe obrażenia, to liczbę tę można zmniejszyć o 90 procent zakładając dziecku kask i ucząc, by jechało nogami do przodu. Proste. Oj, zaraz, ale to wymaga zaangażowania rodzica i elementarnego poczucia odpowiedzialności.

Jazda na sankach jest na całym świecie, a właściwie w jego częściach, gdzie ze względu na warunki atmosferyczne jest to możliwe, przywilejem dzieciństwa. Prawie nigdzie i nigdy nie jest ta zabawa regulowana ustawami miejskimi, czy regulacjami komisji. Zwykle wystarczy zdrowy rozsądek.

Kiedy zabrałem młodego na sanki po raz pierwszy, wybrałem górkę niezbyt stromą, niezbyt zatłoczoną. Zaczęliśmy od podstaw, czyli jak siedzieć, jak hamować, jak skręcać, omijać drzewa, wystające kamienie i lód. Od razu wszystkiego nie złapał, do tej pory jeszcze mu trochę do nauczenia zostało i do czasu, aż tę skomplikowaną wiedzę posiądzie, to bardziej wymagające stoki pozostaną poza jego zasięgiem. Jako rodzic dbam o to. Ale zdaje się, że wielu innych podchodzi do tego inaczej. Bez przygotowania, bez podstaw, bez jakiejkolwiek kontroli i tłumaczenia. A jak później coś się stanie, to pierwsze, co wykonują, to telefon do zaprzyjaźnionego prawnika.

W ten sposób miasta broniąc się przed kosztownymi procesami decydują się często na wprowadzenie zakazu jazdy na sankach. O ile mnie to wkurza, to nie mam pretensji do władz miasteczka (może trochę), ale przede wszystkim do tych, którzy kombinują jak by tu zarobić na obrażeniach własnego dziecka.

Czy naprawdę miasto odpowiada za niefortunny wypadek na sankach? Czy za każdym urazem musi kryć się jakiś winowajca, a przede wszystkim, czy zawsze, gdy coś takiego się zdarzy, musimy myśleć o pieniądzach? Niedługo miasto zacznie ze strachu równać pagórki, osuszać jeziorka i stawy, ścinać drzewa. Bo można się uderzyć, utopić, potknąć. Jak się nad tym zastanowić, to chciwość jednych zabija przyjemność innym.

Przy okazji, jeśli szukasz fajnej górki na sanki, to tutaj znajdziesz listę najlepszych miejsc w okolicy.

Miłego weekendu.

Rafał Jurak
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.