Oddech... wydech... walnij w stół...
Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa
----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Złościmy się na wszystko i wszystkich. Oburzeni, rozdrażnieni, pewni swych racji. Tacy jesteśmy niemal każdego dnia, wybuchając złością bez większego powodu i w stosunku do niczemu niewinnych, przypadkowych często osób.

To jeszcze nie jest największy problem. Pojawia się on, gdy zaczynamy mylić emocje z zachowaniem. Złość z agresją.

Nie będę ukrywał, mnie również się to zdarza. Podniosę głos lub krzywo spojrzę na innego kierowcę lub sprzedawcę w sklepie, do upadłego będę kogoś przekonywał do swoich racji. Często racji nie mając. Mam zły dzień, więc dam w kość pierwszej napotkanej osobie.

Czyja to wina? Zawsze kogoś innego.

Złościmy się, gdy nas ktoś zbyt wolno obsługuje, wepchnie się przed nas w kolejkę, zajedzie drogę. Najgorsze jednak, gdy powie coś niezgodnego z naszymi przekonaniami, zwłaszcza politycznymi.

Ktoś kiedyś zauważył, że jeśli interesujemy się polityką, to druga strona zawsze się myli. Zawsze i koniec. Nie dopuszczamy takiej ewentualności, że posiadane przez nas informacje są niepełne, nieprawdziwe, przestarzałe, etc. To ten drugi jest wrogiem, zdrajcą i nieukiem.

Wtedy potwierdzamy istnienie prawa Godwina i nieco je modyfikując zależnie od sytuacji, wyzywamy rozmówcę nie tylko od nazistów, ale również wyznawców szatana, Sandersa, Trumpa, liberałów i lewaków. Zapominamy, że Mike Godwin udowodnił, iż pierwsza strona, która wyzwie drugą od najgorszych, automatycznie przegrywa dyskusję.

Podobnie w biznesie. Przecież niemożliwe, że to nasze własne działania doprowadziły do spadku przychodów. To wina konkurencji. Nieuczciwej oczywiście. Albo niedouczonych klientów. Nas nie wybrali? Nas?!

Zawsze winny jest kto inny. Nawet jeśli nie człowiek, to przedmiot lub natura. Dawno temu jeden z moich ówczesnych sąsiadów nie mógł zrozumieć, czemu niektóre rośliny w jego ogrodzie gniją w środku lata. Głównymi podejrzanymi byli: sąsiad z prawej, sąsiad z lewej, klimat, rząd lokalny i federalny, który dosypywał coś do wody w kranie. Po jakimś czasie ktoś mu wyjaśnił, iż w przypadku tych konkretnych kwiatów jest to wynik błędnej pielęgnacji. Otóż podlewanie ich wieczorem, gdy wilgotność powietrza jest wysoka i nie ma słońca osuszającego liście, sprzyja rozwojowi grzybów, bakterii i innych szkodliwych mikroorganizmów. Wystarczy podlewać rano, zanim słońce zacznie parzyć, by rośliny się napiły, wzmocniły i nie gniły.

Myślicie, że uwierzył? Nie.

Przecież on całe życie tak podlewał i było dobrze. Wolał pozostać przy swych podejrzeniach, niż przyznać się do błędu i uświadomić sobie, że to „całe życie” miało miejsce w innym kraju, klimacie i z innymi przedstawicielami świata roślin.

On przynajmniej na nikogo nie krzyczał.

Dziś posługujemy się krzykiem w każdej sytuacji. Dwóch facetów w poważnym programie telewizyjnym nie jest w stanie powiedzieć kilku zdań bez próby wbicia noża rozmówcy lub ogłuszenia go głośnymi argumentami.

Oglądałem kilka dni temu czarno-biały program na temat nierówności rasowych w latach 50. i 60. Program, który powstał właśnie wtedy. W studio telewizyjnym po raz pierwszy zasiedli po przeciwnych stronach stołu biali komentatorzy i czarni działacze. Rozmawiali, nie przerywali sobie, uśmiechali się do siebie, pozwalali dokończyć zdanie. Choć temat szalenie kontrowersyjny i bolesny, to nikt nie podniósł głosu. Ani razu.

Dziś taka rozmowa nie mogłaby się odbyć w podobny sposób. Na żaden temat. Dziś poszłyby w ruch argument z pogranicza prawdy i dobrego wychowania. Dzisiejsza rozmowa zakończyłaby się wczoraj wyrzuceniem rozmówców ze studia. Jeśli nie potrafią tego osoby publiczne, to czego spodziewać się po osobach prywatnych?

Zrozumiałe jest, że w pewnych sytuacjach puszczają nam nerwy. Jednym mniej, innym bardziej. Jeszcze raz podkreślę, nie jestem wyjątkiem. Często jednak wystarczy opóźnić reakcję o ułamek sekundy i zastanowić się, czy istnieje sposób na opanowanie emocji...

Sprawdziłem. Jest ich wiele.

1. Wszelkiego rodzaju aktywność fizyczna: bieganie, ćwiczenia siłowe, jazda na rowerze. Ćwicząc, skup się na swojej złości – mówi przewodnik. Użyj jej jako paliwa napędowego do wysiłku. Po jakimś czasie zaobserwujesz, że przez mięśnie uchodzi z ciebie ciśnienie.
No cóż, brzmi dobrze, ale dla unikających wysiłku fizycznego niezbyt przydatne.

2. Pognieć, podrzyj, zamaż kartkę papieru. Możesz ją z całych sił pognieść, żeby stała się malutką kuleczką. Możesz podrzeć w drobny mak. Możesz też wziąć długopis i energicznie zamazać kartkę swobodnymi bazgrołami. Nie wystarczy jedna kartka? Nie ograniczaj się, sięgnij po kolejne.
Ostatnim razem, gdy dopadła mnie złość, przez 5 minut klepałem się po kieszeniach w poszukiwaniu kartki i długopisu. Był tylko rachunek. Za mały na wyładowanie emocji. Owszem, samo klepanie nieco pomogło.

3. Krzycz, piszcz, płacz.
Serio??

4. Napisz list. Do siebie, do osoby, która wywołuje w tobie emocje. Nie musisz go nigdzie wysyłać. Wręcz jest to niewskazane. Ważne, żebyś zawarł w nim wszystko, co cię boli.
Ta metoda teoretycznie jest dobra. Jednak straaaasznie czasochłonna. Poza tym mało kto ostatnio lubi pisać. Nawet czytać nikt nie chce. Może krótkie nagranie swej wypowiedzi telefonem?

5. Uderz, np. w poduszkę. Ujście emocjom może zapewnić też np. seria uderzeń pięścią w poduszkę – czytam w poradniku. Dopuszczalne jest walnięcie w stół, ścianę lub fotel. Uff...wreszcie jakieś rozsądne rozwiązanie.

Miłego weekendu.
Rafał Jurak
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym: