Przez ponad dwa stulecia Stany Zjednoczone wybierały prezydenta według tej samej zasady: liczy się nie suma głosów w całym kraju, lecz wynik uzyskany osobno w każdym stanie. System Kolegium Elektorów, zapisany w konstytucji, zawsze miał zarówno zagorzałych obrońców, jak i krytyków. Teraz jednak coś się zmienia. Nie w Waszyngtonie, nie w Sądzie Najwyższym, ale w legislaturach stanowych, po cichu, rok po roku.
Virginia stała się w niedawno osiemnastym stanem, który przystąpił do tak zwanego Krajowego Paktu Głosowania Powszechnego (National Popular Vote Interstate Compact). Liczba głosów elektorskich zgromadzonych w ramach paktu osiągnęła 222, a do magicznego progu 270, czyli większości potrzebnej do zwycięstwa, brakuje już tylko 48.
To nie jest nagły zwrot. Pakt rozwijany jest od blisko dwóch dekad i przez lata rósł niemal wyłącznie w stanach głosujących na demokratów. Dopiero teraz zaczyna zbliżać się do momentu, w którym może realnie zmienić sposób wyboru prezydenta — wraz z możliwymi zmianami w kilku kluczowych legislaturach stanowych, w tym w stanach dotąd wahających się lub przechylających się na stronę republikanów, gdzie silny wynik demokratów w wyborach połówkowych w 2026 roku mógłby zmienić układ sił.
To brzmi niepozornie.
W rzeczywistości to rewolucja.
Jak obejść Konstytucję bez jej zmiany
Pomysł jest tak prosty, że aż zaskakuje. Zamiast przez lata walczyć o poprawkę do Konstytucji – co wymaga zgody 38 stanów i jest zadaniem niemal niemożliwym politycznie – aktywiści skupieni wokół National Popular Vote wpadli na trik proceduralny: każdy stan z osobna uchwala ustawę, na mocy której jego elektorzy przypadają zwycięzcy krajowego głosowania powszechnego. Haczyk polega na tym, że ustawa wchodzi w życie dopiero wtedy, gdy dołączy do niej wystarczająca liczba stanów, by łącznie dysponowały co najmniej 270 głosami elektorskimi. Wtedy wynik każdego z pozostałych stanów z osobna przestaje mieć znaczenie dla rozstrzygnięcia wyborów, bo kandydat wskazany przez pakt automatycznie przekracza próg 270 głosów elektorskich.
Jeśli kilka stanów przechyli szalę w stronę demokratów podczas wyborów połówkowych w 2026 roku – w grze są m.in. Wisconsin (10 głosów elektorskich), Michigan (15), Arizona (11) i Pensylwania (19) – pakt może realnie wejść w życie już w 2028 roku. Do osiągnięcia progu brakuje dziś 48 głosów elektorskich, co oznacza, że wystarczy przesunięcie w dwóch–trzech większych stanach, by go przekroczyć.
To scenariusz trudny do zrealizowania, ale nie niemożliwy.
W praktyce oznaczałoby to, że wynik głosowania w danym stanie przestaje decydować o tym, komu przypadną jego głosy elektorskie — liczy się wynik ogólnokrajowy. Wyborca w Kalifornii, Teksasie czy Illinois nie głosowałby więc już tylko „dla swojego stanu”, lecz de facto na ogólnokrajowy wynik. System formalnie by pozostał, ale jego logika zostałaby odwrócona.
Absolutna rewolucja, ale i poważne ryzyko
Dziś kandydaci na prezydenta skupiają się na garstce tzw. swing states – w kampanii przed wyborami w 2024 roku trzy czwarte z ponad 200 wieców wyborczych odbyło się w zaledwie siedmiu stanach. W nowym systemie liczyłby się każdy głos w każdym stanie: w głęboko czerwonym Teksasie i głęboko niebieskiej Kalifornii tak samo jak w Ohio czy Nevadzie.
Historia pokazuje, dlaczego temat jest tak gorący. Pięciu prezydentów USA – Adams, Hayes, Harrison, George W. Bush i Donald Trump w 2016 roku – wygrało w Kolegium Elektorów, nie zdobywając większości głosów powszechnych. Ponad 60 procent Amerykanów w sondażach Pew Research konsekwentnie opowiada się za przejściem na wybory bezpośrednie.
Nie brakuje jednak głosów sceptycznych. Krytycy wskazują, że pakt nie tworzy żadnego ogólnokrajowego mechanizmu nadzoru nad liczeniem głosów. Nie ma instytucji, która zarządzałaby przeliczeniami w przypadku różnicy kilkudziesięciu tysięcy głosów w skali całego kraju. Poszczególne stany mogłyby też manewrować przepisami wyborczymi – obniżać wiek głosowania, zmieniać zasady rejestracji wyborców – by maksymalizować swój udział w krajowej sumie głosów.
Problem w tym, że Stany Zjednoczone nie mają jednolitego, ogólnokrajowego systemu wyborczego – każdy stan prowadzi wybory według własnych zasad, co w przypadku bardzo wyrównanego wyniku mogłoby prowadzić do sporów o to, które głosy i w jaki sposób powinny być liczone.
I wreszcie: pakt jest niemal wyłącznie projektem demokratycznym. Żaden z kluczowych stanów przychylnych republikanom go nie podpisał, co sprawia, że ewentualne wejście w życie nowych zasad byłoby odebrane przez połowę kraju jako ruch czysto partyjny. Jeśli Partia Republikańska odzyska kontrolę nad legislaturami stanowymi, które w tym scenariuszu przeszłyby w ręce demokratów – co w amerykańskiej polityce zdarza się regularnie – nic nie stoi na przeszkodzie, by z paktu się wycofać lub szukać odwetu innymi metodami.
Na razie nic się nie zmienia i scenariusz taki jest odległy, ale po raz pierwszy od dziesięcioleci zmiana nie jest już tylko teorią. Jeśli do niej dojdzie, zmieni się nie tylko liczenie głosów, ale i same wybory.
na podst. The Hill/Nexstar, Vox, National Popular Vote Interstate Compact, Pew Research Center