Co ludzie powiedzą…
Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa
----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Wraz z każdą epidemią pojawiają się strach i uprzedzenia. To naturalne, smutne, ale spodziewane. Boimy się zarażenia siebie i bliskich, wszyscy dookoła są podejrzani, wirus czai się na każdej klamce i źdźble trawy. Trzeba zachować umiar i w miarę ostrożnie postępować z klamkami, a zamartwianie się trawą odkładać na inne czasy.

Należę do osób, które raczej poważnie traktują napływające informacje. Życie nauczyło mnie, że nikt nie jest odporny na choroby, każdemu może się coś niepomyślnego przytrafić, jesteśmy odpowiedzialni za wiele osób wokół siebie, nie tylko nas samych, a zachowanie ostrożności jest raczej przejawem rozwagi niż szerzeniem paniki.

Poza tym w najmniejszym stopniu nie polegam na wiadomościach na ten temat napływających z Białego Domu, ale raczej z ośrodków naukowych. Zwłaszcza, jeśli pracujący w nich lekarze i specjaliści przewidują, że w okresie najbliższych 12 miesięcy w USA umrze w wyniku zarażenia nowym wirusem od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy ludzi.

Uważam, że odmowa obsłużenia zagranicznych gości w restauracji w obawie przed zarażeniem innych klientów i obsługi koronawirusem jest nie na miejscu i świadczy o poważnych zaburzeniach umysłowych kierownika sali. Z drugiej strony spraszanie w obecnej sytuacji trzech pokoleń rodziny na niedzielny obiad w zatłoczonej knajpce też nie świadczy zbyt dobrze o osobie planującej takie spotkanie.

W osobnym artykule w tym wydaniu tygodnika wyjaśniamy, że unikanie publicznych miejsc, koncertów, restauracji czy zlotów ma sens i chroni ludzkie życie. Im mniej się miksujemy z innymi w różnych miejscach, tym bardziej zwalniamy, jeszcze raz powtórzę – zwalniamy - rozprzestrzenianie się choroby.

O to chodzi.

Odwoływanie spotkań sportowych, koncertów, imprez w salach bankietowych, etc. ma sens. Podobnie przerwa w chodzeniu do kina, czy na imieniny u cioci. Dlatego coraz więcej miast wprowadza ograniczenia, wyznacza rozgrywki sportowe bez widzów lub wręcz je odwołuje. Muzycy przekładają koncerty, politycy zamieniają bezpośrednie spotkania wyborcze w oświadczenia na stronie. Nikt nie panikuje, tylko wykazuje zdrowy rozsądek i wykazuje się odpowiedzialnością za innych.

Wielu osobom trudno jest jednak z pewnych rzeczy zrezygnować, zwłaszcza gdy mogą na tym stracić. Pieniądze albo twarz.

Coraz częściej słyszę, że „no tak, odwołałbym imprezę, ale ludzie powiedzą, że rozsiewam panikę...”. Inni mówią wprost, że odwołają dopiero jak ich do tego władze zmuszą. Sami nie są w stanie podjąć odpowiedzialnej decyzji.

Ludzie powiedzą? Serio? To jest argument w rozmowie na ten temat? Niektórzy tak głęboko przekonani są, że problem nas nie dotyczy, iż nie dopuszczają myśli o poważnym potraktowaniu sprawy.

Określenia „chiński wirus”, „mnie to nie dotyczy”, „wszyscy panikują”, świadczą o pewnej niedojrzałości. Nazywanie każdego przejawu zdrowego rozsądku atakiem paniki, z dnia na dzień brzmi coraz bardziej infantylnie. Byłoby super, gdyby wszystkie obawy okazały się niepotrzebne. Ale przygotowanym na każdą ewentualność trzeba być. To trochę jak z wojskiem. Większość krajów w tym momencie wojny nie prowadzi. Ale każdy armię ma i w nią inwestuje.

Jeśli organizator jakiejś masowej imprezy mówi, że jej uczestnikom nic nie grozi, albo że ryzyko jest minimalne, znaczy to, że się na tę imprezę nie wybiera, albo sporo w nią zainwestował, albo próbując zachować przed kimś twarz, rżnie twardziela.

W tym momencie (czwartek) na stronie CDC oficjalnie informuje się, że w całym kraju (327.2 mln mieszkańców) przeprowadzono w laboratoriach tego departamentu zaledwie 3,791 testów na koronawirusa, a w klinikach stanowych 7,288. W sumie ok. 11 tysięcy testów. Dlaczego tylko tyle? Bo zaczęto je produkować z opóźnieniem, potem okazało się, że był w nich błąd. Tysiące osób odesłano do domów z kwitkiem. W tym czasie w innych krajach zrobiono tych testów po kilkadziesiąt lub kilkaset tysięcy.

Jaka jest rzeczywista skala problemu? W tym momencie nie wie nikt. Ale łatwo jest powiedzieć, że na pewno mała i nikomu nic nie grozi. Wykażmy się bohaterstwem. Co nam szkodzi. Wszyscy panikują, a ja nie. Spójrzcie, taki jestem odważny. Zwłaszcza jeśli nie mam na karku zbyt wielu lat i jestem w miarę zdrowy, lekarze mówią, że objawy będą przeziębieniowe. Co mnie obchodzi, że łapiąc wirusa mogę kogoś gdzieś zarazić, może kogoś starszego, kto nie będzie miał tyle szczęścia, co ja?

W naszej społeczności nagminne jest wysyłanie chorych dzieci do przedszkola. Dajemy coś na gorączkę i mamy dziecko z głowy. Nie musimy brać wolnego, tracić pieniędzy i robić sobie kłopotu. Dziś, gdy gorączka ta może być spowodowana czymś, co zagraża życiu wielu ludzi, warto się zastanowić nad własnym postępowaniem. Bo kilkadziesiąt innych dzieci rozniesie to coś do swoich dziadków, często z problemami zdrowotnymi. Nie wszyscy przeżyją. Naprawdę jest nam wszystko jedno? Wiem, że wiele osób gotowych jest postępować bardziej odpowiedzialnie i ważyć słowa. Nie robią tego, bo co powiedzą koledzy, koleżanki, znajomi. Jeszcze się będą z nas śmiali, że panikujemy. My? Nigdy!

Miłego weekendu.

Rafał Jurak
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym: