----- Reklama -----

Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa

----- Reklama -----

Udostępnij znajomym:

Pierwsze trzy miejsca zajmuje Detroit, gdzie przestępczość od lat utrzymuje się na wysokim poziomie. Jednak już na czwartym miejscu opracowanej właśnie przez NeighborhoodScout.com listy 25 najbardziej niebezpiecznych dzielnic Ameryki znajdujemy rejon ulic S. Halsted i W. 77th w Chicago, a nieco dalej kolejne trzy, znane nam dzielnice.

W dwóch najbardziej niebezpiecznych zakątkach amerykańskich miast prawdopodobieństwo, że staniemy się ofiarami przemocy wynosi aż jeden na siedem. W trzeciej na liście dzielnicy jesteśmy tylko nieco bardziej bezpieczni, bo nasze szanse wzrastają i wynoszą jeden na osiem. Wszystkie trzy miejsca znajdują się w Detroit. Miasto to pojawia się w zestawieniu jeszcze raz, na siódmej pozycji.

W Chicago jest nieco lepiej. W tym niechlubnym zestawieniu wyróżniono wprawdzie aż cztery rejony miasta, jednak w tym roku żaden nie znalazł się w pierwszej trójce. Warto jeszcze zwrócić uwagę, że większość miejsc okupują miasta ze środkowego-zachodu i południa Stanów Zjednoczonych, na przykład Memphis w stanie Tennessee, Indianapolis oraz Rockford i St. Louis w Illinois.

Tworząc listę NeighborhoodScout posłużył się najnowszymi badaniami Census, odrzucając rejony zamieszkałe przez mniej, niż 800 osób. Następnie wyniki porównał z danymi FBI dotyczącymi najgroźniejszych przestępstw, takich jak morderstwa, gwałty, napady z bronią w ręku, czy rozboje.

Andrew Schiller, założyciel Neighborhood Scout zauważa, że opinie ludzi na temat najgroźniejszych miejsc zwykle nie pokrywają się z rzeczywistością.

“Wiele osób myśli, że mieszkając w niewielkim lub średniej wielkości mieście są bardziej bezpieczni. Groźne wydają się im Nowy Jork, czy Los Angeles – mówi Schiller – W rzeczywistości wielkie metropolie są względnie bezpieczne - oczywiście każda posiada złe dzielnice – w porównaniu na przykład do stosunkowo niewielkiego Indianapolis”.

Schiller zwraca również uwagę, iż centra miast gdzie koncentruje się handel, turystyka i gdzie trafia najwięcej inwestycji są zwykle bardziej bezpieczne, niż obrzeża, czy bliskie przedmieścia.

“Ludzie mają mylne wyobrażenie na temat przestępczości – mówi szef NeighborhoodScout.com – Historycznie, największa przestępczość utrzymywała się w dzielnicach z budynkami apartamentowymi, tam gdzie pojawiała się wyższa zabudowa. Jednak po przeanalizowaniu współczesnych danych dochodzimy do wniosku, że sytuacja zmieniła się”.

W tej chwili najbardziej niebezpiecznymi są rejony z niską zabudową, najczęściej domami jednorodzinnymi. Są to również miejsca, gdzie znajduje się najwięcej pustostanów. Nie ma się więc co dziwić, że Detroit zajmuje trzy pierwsze miejsca. Większość tego miasta tak wlaśnie od wielu lat wygląda. Władze Detroit oceniają, że na podległym im terenie znajduje się obecnie ponad 35,000 opuszczonych domów. Z danych magazynu Forbes za 2011 rok wynika, iż przestępczość jest tam ponad pięć razy wyższa, niż średnia dla reszty kraju, choć w ubiegłym roku spadła o 2.6%. Wzrosła tam jednocześnie liczba morderstw, których liczba jest w Detroit porównywalna do dziesięć razy większego Nowego Jorku.

Chicago umieszczone zostało na liście 25 najbardziej niebezpiecznych dzielnic w USA czterokrotnie:

– Na czwartym miejscu rejon ulic S Halsted i W 77th, gdzie popełnianych jest średnio 117 poważnych przestępstw na 1,000 mieszkańców. Prawdopodobieństwo, że padniemy ofiarą jednego z nich wynosi jeden na dziewięć.

– Na 13 miejscu listy okolica S. Homan i W. Roosevelt. 80.17 przestępstw na 1,000 mieszkańców. Szanse: 1 na 12.

– Miejsce 16 to rejon S. Ashland i ulicy 76. Ponad 73 przestępstwa na 1,000 mieszkańców. Prawdopodobieństwo bycia ofiarą wynosi tam 1 do 14.

– Na 25 pozycji S. Indiana Ave i E. 60 Street. 65 przestępstw na 1,000 osób. 1 na 15.

Mimo ostatnich, nieco bardziej optymistycznych danych dotyczących liczby morderstw, Chicago pozostaje wciąż strefą bardzo niebezpieczną. W najgroźniejszych dzielnicach ginie tu więcej osób, niż w średniej wielkości miastach. Niektóre z nich liczbę morderstw notowaną w samej dzielnicy Englewood, mieszczącym się w kwadracie o boku liczącym niecałe 20 przecznic, uznałyby prawdopodobnie za powód do wprowadzenia stanu wyjątkowego. W 2012 roku liczba ofiar śmiertelnych wzrosła tam o 20, czyli tyle, ile w ciągu całego roku odnotowało całe miasto Seattle. W Cleveland, Milwaukee, Waszyngtonie D.C., czy Kansas City liczby z tej chicagowskiej dzielnicy stanowiłyby połowę rocznych statystyk morderstw całego miasta. A przecież nie są to ani małe, ani wyjątkowo spokojne aglomeracje.

RJ

'