Między nami, pokoleniami
----- Reklama -----
Rafał Jurak

Rafał Jurak


Kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Udostępnij swoim znajomym:

Nie chcę narzekać w imieniu innych, ale mam wrażenie, że nie ja jeden zaczynam dostrzegać problemy komunikacyjne z przedstawicielami młodszych pokoleń. Na przykład próbując opisać coś, z czym dorastaliśmy, a czego dziś nie ma. Nie, nie chodzi o dinozaury...

Odwiedziłem znajomego, który ma kilkuletniego syna. Rezolutny, mądry chłopak. Syn, oczywiście. Razem z jego ojcem, prywatnie kolegą od wielu lat, rozmawialiśmy na różne tematy, wymienialiśmy się uwagami, takie typowe spotkanie dwóch znajomych. W tle cicho nadawał coś telewizor.

Chłopak nudził się nieco, więc w pewnym momencie zapytał, czy może włączyć sobie jakiś inny program.

„Jasne” - powiedział ojciec.

Młody pokręcił się po pokoju, pozaglądał pod fotele, podniósł jakieś gazety ze stolika, po czym zawołał:

„A gdzie jest pilot?”

Nikt nie wiedział, gdzie jest pilot, więc nawet ja zostałem wciągnięty w poszukiwania. Bezowocne, niestety. Młodzieniec nie poddawał się, choć zaczynał tracić nadzieję. W pewnym momencie znajomy zapytał syna, czy nie może zmienić kanału ręcznie, manualnie znaczy.

Chłopak wytrzeszczył oczy. Zapowiadała się ciekawa rozmowa.

Podczas kolejnych kilku minut obydwaj próbowaliśmy mu wytłumaczyć, jak to w dawnych czasach telewizory nie miały pilotów, tylko przyciski, którymi zmieniało się programy. Programów było kilka, a w ogóle to były one początkowo czarno-białe. Do odbiornika trzeba było podejść, nawet kilka metrów i ręcznie kliknąć. Zapachniało absurdem, gdy w pewnym momencie sięgnąłem po smartfon, by pokazać jak w latach 70. wyglądał telewizor.

Chłopak uciął nagle wykład prosząc ojca, by mu w końcu ten program manualnie zmienił, skoro jest taki mądry. Dumny z posiadanych umiejętności przedstawiciel starszego pokolenia podszedł do telewizora LED połączonego z małą, czarną skrzynką do kablówki i... popatrzył na mnie. Jego wzrok wyrażał zakłopotanie. Dokładnie obejrzał przód, tył i boki odbiornika. Potem równie dokładnie kablową skrzyneczkę. Cmoknął, odchrząknął, podrapał się i zaczął ponownie przeszukiwać pokój. Znalazł w końcu gdzieś pilota i w absolutnej ciszy wręczył go synowi. Chłopak do dziś nie wie, o co nam chodziło z tymi przyciskami.

Przypomniałem sobie to zdarzenie oglądając komedię, w której młody student odwiedził ojca, co staremu sprawiło wielką radość. Było wspólne piwko, pytania o postępy w nauce, dziewczyny i inne sprawy. W pewnym momencie senior zapytał, po co właściwie syn przyjechał, bo przecież nie na pogaduchy. Student odpowiedział, że skończył mu się spryskiwacz do szyb w podarowanym przez ojca samochodzie, a on nie wie, gdzie nowy się wlewa...

Każdy mógłby pewnie podobnych sytuacji i zdarzeń podpowiedzieć więcej, bo mam wrażenie, że to dosyć powszechne zjawisko.

Młodzi nie tylko nie wiedzą, że odbieranie telefonu wiązało się z podejściem do aparatu i podniesieniem słuchawki na kablu, a wykręcanie numeru polegało na kręceniu tarczą.

Spróbujcie wytłumaczyć dziś kilkulatkowi, że kiedyś trzeba było włożyć film do aparatu, zrobić maksymalnie 36 zdjęć, ostrożnie wyjąć to potem ze środka i zanieść do wywołania. Ale zacząć należy od wyjaśnienia, co to film do aparatu. Albo do czego służyła encyklopedia zanim powstał internet, albo słownik.

Albo jeszcze prosciej - połóżmy przed młodym człowiekiem ziemniaka z poleceniem, by zrobił frytki. Chyba padnie ze śmiechu...

A my?

My nie bądźmy tacy mądrzy. Zapominamy często, że to działa w dwie strony. Młodzi za głowę by się złapali, gdyby dowiedzieli się, że małe dzieci woziło się w samochodzi na tylnym siedzeniu. Na kocyku. Ewentualną ochronę miała zapewnić siedząca obok osoba. Papierosy paliło się wszędzie - w kuchni, sypialni, podczas obiadu, w samochodzie. Oddychali tym wszyscy, niezależnie od wieku. Podczas imprez rodzinnych wózek stał obok stołu, mało kto widział w tym problem. Nikt nie zwracał uwagi, czy wykorzystywany do czegoś plastik jest zdrowy, czy rakotwórczy. Dziś porządnemu rodzicowi godzinę zajmuje znalezienie w sklepie butelki wody z napisem BPA FREE.

Nie przypominam sobie też, by ktokolwiek, kiedykolwiek pytał mnie, co chciałbym zjeść na śniadanie, obiad lub kolację. Będąc dzieckiem jadłem to, co zostało przede mną postawione. Do ostatniego okruszka lub kropelki. Owszem, narzekałem, ale jadłem. Dziś posiłki dyktują najmłodsi, bo to jest niedobre, to jest jeszcze gorsze, to niemodne, a to ma zły kolor.

Większość zmian wychodzi nam na dobre. Nie wszystkie, ale większość. Możemy się śmiać z niewiedzy młodych w niektórych dziedzinach, ale przecież wspomniane foteliki samochodowe jeszcze niedawno uważano za fanaberię. Nie mam zamiaru pozbywać się smartfona, internetu, poduszek powietrznych w samochodzie, czy bezołowiowych farb w domu. Dlatego nie będę wytykał nikomu braku umiejętności obsługi radia z pokrętłem, tradycyjnego telefonu, czy też odtwarzacza VHS.

Bo niedługo, już za chwilę, ten dzisiejszy kilkulatek będzie musiał wytłumaczyć mi kilka rzeczy. A wiele lat później zaskoczony będzie niewiedzą własnych dzieci.

Miłego weekendu.

Rafał Jurak
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.