Prowadzący umarłych (przez) Sen wioski Ding
----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Dwa kompletnie odmienne gatunkowo teksty, dwu twórców o niezwykle podobnych zapatrywaniach:

Liao Yiwu to „poeta, prozaik, dziennikarz i muzyk. Debiutował na łamach rządowej prasy, jednak jego wiersze, zwłaszcza poemat napisany po zamieszkach na placu Tiananmen, zostały szybko uznane za antykomunistyczne, a on sam skazany na cztery lata więzienia. Po odbyciu kary żył jako bezdomny uliczny grajek. Powstała na podstawie wielu rozmów książka „Prowadzący umarłych” ukazała się pierwotnie na Tajwanie i jest zakazana w Chinach. […] W 2010 roku po raz pierwszy pozwolono mu na wyjazd za granicę. W 2011 roku z przyczyn politycznych uciekł z Chin. Obecnie mieszka w Berlinie”. (z noty wydawnictwa Czarne)

Yan Lianke „urodził się w ubogim regionie prowincji Henan, w rodzinie rolników. Ze względu na brak środków na studia, zaciągnął się do wojska, dla którego zaczął pisać teksty propagandowe. W 2004 roku został wydalony z wojska. Niektóre z jego powieści zostały zakazane, a sam autor przez trzy lata nie mógł uzyskać paszportu i opuścić kraju. Jego książek próżno obecnie szukać na półkach chińskich księgarń. Lianke pozostaje nieprzejednanym krytykiem polityki władz ChRL – dławienia wolności słowa i zmuszania obywateli do autocenzury”. (z: Wikipedia, nota wydawnicza PIW)

Dwu pisarzy i dwie historie. Obie są prawdziwe, każda inaczej i obie pokazują „Chiny z perspektywy nizin społecznych”. „Prowadzący umarłych” napisał Liao Yiwu, a „Sen wioski Ding” Yan Lianke. Na ile są prawdziwe, a jeśli już, to dlaczego pokazują Chiny z perspektywy nizin społecznych?

Mówienie o prawdziwości w kontekście dzieła literackiego jest zawsze ryzykowne, bo przecież limituje ono swą „prawdziwość” jedynie do tego, co mieści się między okładkami, nawet jeśli nie mówimy o dziele literackim sensu stricto, czyli i czymś, co jest z definicji fikcyjne. Ta fikcyjność może mieć różne poziomy, ale zawsze limituje kategorię prawdziwości poprzez asertoryczność sądów, które dzieło owo tworzą. Jak mawiał profesor Henryk Markiewicz, nikt nie sięga po parasol, tym bardziej nikt go nie otwiera, gdy czyta, iż „nagle lunęło jak z cebra i ulice zamieniły się momentalnie w rwące potoki”.

Do czego zmierzam? Obojętne, czy czytamy tekst Liao Yiwu „Prowadzący umarłych”, który jest zbiorem prawie trzydziestu wywiadów, czy też powieść Yana Lianke „Sen wioski Ding”, mamy do czynienia z rzeczywistością obezwładniającą możliwą prawdziwością. To właśnie ta kategoria „możliwości”, czyli czegoś, co może zaistnieć, ale nie musi, sprawia, że autorzy rzucają nas na krawędź tego, co jest, ale nie musi być możliwe, pozostawiając jednocześnie furtkę do wątpienia w ową możliwość.

W tytułowym wywiadzie/opowiadaniu „Prowadzący umarłych” czytamy:

„Li: Tak. Byli kiedyś ludzie, którzy się specjalizowali w prowadzeniu zwłok. Zwykle przemieszczali się nocą, zawsze we dwóch. Jeden szedł z przodu, drugi z tyłu. Tak jak niesie się lektykę, oni nieśli ciało, które, napędzane ich siłą, mknęło jak wiatr. A oni skandowali jednym głosem jo-ho, jo-ho, jo- ho. Kiedy patrzyło się na nich z daleka, widać było, że zmarły i żywi maszerują równym krokiem. Ciało zmarłego poruszało się w tym samym rytmie, co ciała żywych dzięki grawitacji. Ale takiej trójce trudno było zmieniać tempo i nigdy nie wykonywali ostrych skrętów. Jak człowiek widział, że zbliżają się idące zwłoki, schodził z drogi. Inaczej mógłby się z nimi zderzyć. Widziałem coś takiego na własne oczy w 1949 roku”. (s.30/31)

A wszystko to dlatego, iż wierzono, że człowiek musi być pochowany w miejscu, gdzie przyszedł na świat.

„Wtedy nie było możliwości łatwego przetransportowania ciała do domu czy to drogą lądową czy wodną. A jego bliscy nie mogli znieść myśli, że miałby spocząć w obcej ziemi. Zapłacili więc zawodowcom, żeby dostarczyli jego ciało do domu. Zabrało im to ponad tydzień, ale kiedy dotarli na miejsce, zwłoki wyglądały jak żywe”. (s.31)

Poziom prawdziwości wywiadów/opowiadań z tomu „Prowadzący umarłych” jest niezwykle wysoki. Jedno zdanie wypowiedziane w tym wywiadzie przez Li: „Widziałem coś takiego na własne oczy w 1949 roku” przesuwa kategorię wiarygodności z poziomu fikcjonalnego na poziom dokumentujący. Ale co to znaczy? Że prowadzenie umarłych miało miejsce w rzeczywistości, że to tak zwany „fakt niezbity”, w przeciwieństwie do kategorii „faktów zbitych”? Tak czy owak, mamy tu, determinowane tradycją, specyficznie chińskie „obcowanie” ze śmiercią – zupełnie niebywałe.

Ta „niebywałość”, czy raczej niezwykłość opisanej i tradycją motywowanej historii ma zupełnie inne przełożenie w powieści Yana Lianke „Sen wioski Ding”. Autor rzuca nas w rzeczywistość niebywałą w swej realności i dosłowności, ale w odwróceniu do konceptu Liao Yiwu. Wioski w prowincji Henan, włącznie z tą tytułową, zostają dotknięte „gorączka złota”, a raczej „gorączką krwi”. Wiejska biedota oddaje na potęgę krew, bogacąc się w sposób dotychczas zupełnie nieosiągalny, jednakowoż żądza bogactwa odsłania mroczną stronę człowieczej kondycji. Szaleństwo niespodziewanych pieniędzy przeradza się szybko w śmiertelną rozpacz. Zakażeni wirusem HIV wieśniacy zaczynają masowo umierać.

Yan Lianke zaczarował swą opowieść o wiosce Ding, a raczej ją usennił. Oniryczna rzeczywistość, oglądana z perspektywy zmarłego dziecka i przez to dziecko opowiadana wydaje się być niemożliwa w swej obezwładniającej realności. O dziwo, tradycyjne przekonania i wierzenia, mają tu podobną moc, jak w wywiadach Liao Yiwu zamieszczonych w zbiorze „Prowadzący umarłych” – ale tylko podobną. W istocie dotykamy tu świata naznaczonego żywą ciągle tradycją, ale drastycznie zdeformowaną przez chciwość. Jest coś dogłębnie poruszającego w przekonaniu mieszkańców prowincji Henan o konieczności zapewnienia zmarłej osobie towarzysza w pośmiertnej podróży. To właśnie owa tradycyjna wiara jest pretekstem do mocno podejrzanej i bardzo szemranej akcji łączenia zmarłych ślubem, na której ojciec chłopca, który nam to opowiada, zarobił fortunę.

Dwu autorów, różne gatunkowo teksty, te same Chiny, odmienne techniki opowiadania, praktycznie identyczna perspektywa ogarniająca świat ludzi z nizin społecznych i pozornie różna, a przecież prawie identyczna moc, z jaką zwala nas z nóg prawdziwość owych historii.

Zbyszek Kruczalak