Sport to… wysiłek
----- Reklama -----
Rafał Jurak

Rafał Jurak


Kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Udostępnij swoim znajomym:

Sytuacje lubią się powtarzać. Prawie każde wielkie wydarzenie sportowe rozbudza w niektórych uśpioną potrzebę uprawiania jakiejś dyscypliny. Prawie, bo podczas olimpiady jakoś nie widać w parkach amatorskich grup rzucających oszczepem lub biegających przez płotki. Ale już Mundial lub Euro podrywa z kanap sportowców w różnym wieku.

Wraz z rozpoczęciem kolejnych rozgrywek przypominamy sobie o strojach ukrytych głęboko w szafach, zakurzonych korkach i sflaczałych piłkach. Koszulki i spodenki zostały uprane, buty odkurzone, piłki napompowane. W ruch poszły telefony.

Przez kilka dni trwa gorące umawianie się na "krótki meczyk". Oczywiście to pojęcie względne, bo dla jednych będzie to 5 minut, dla innych trzygodzinna bieganina po murawie. Przyznam się, że też posiadam korki i telefon, a także znajomych lubiących czasem pokopać piłkę. Osobiście wolę ją oglądać w telewizji, ewentualnie z trybun na stadionie. Najlepiej zadaszonym.

Te moje korki, choć niemłode, wciąż wyglądają na nowe. Nawet uczestnicząc od czasu do czasu w jakiejś kopaninie na parkowym boisku lub leśnej polanie, wielkiej styczności z piłką nie miały. Dawno to było. Tak dawno, że w miejscu polan rosną dziś wysokie apartamentowce.

Pewnego dnia dzwoni kolega z propozycją. Mam natychmiast przebrać się i przyjechać w określone miejsce. Jak mam piłkę, to wziąć ze sobą. Piwo przywiezie kto inny. Zaśmiałem się na głos, ale chyba mówił poważnie. Grzecznie poinformowałem, że mam zwolnienie lekarskie i wysiłek mi szkodzi. Poza tym ma być strasznie gorąco, a do tego strój sportowy w wyniku nieużywania poważnie się zbiegł - spodenki nie chcą objąć pasa, a koszulka trzeszczy w szwach.

Uparcie namawiał, przekonywał, użył nawet gróźb. W końcu obiecał, że grać będziemy po 15 minut, tak dla przyjemności. No dobra, poddałem się. Dawno się z chłopakami nie widziałem.

Już jadąc na miejsce poczułem się zmęczony samą myślą o czekającym mnie wysiłku. Okazało się, że niepotrzebnie.

Chłopaki, a właściwie jedna trzecia z umówionych na krótki meczyk, siedzieli lub leżeli w cieniu rozłożystego drzewa. Każdy ściskał w dłoni jakiś napój. Gapili się na sąsiednią polankę, gdzie swój mecz rozgrywały dzieciaki w wieku nieco ponad przedszkolnym. Co jakiś czas któryś komentował akcję lub zagranie. Dowiedziałem się na przykład, że z tego bramkarza po lewej to będzie kiedyś niezły zawodnik, a taki mały rudzielec powinien zająć się narciarstwem biegowym. Padało wiele fachowych określeń, porad i komentarzy. Dosiadłem się do towarzystwa, bo nic nie wskazywało, by choćby "najkrótszy meczyk w historii" miał się na zajmowanej przez nas polanie odbyć. Co akurat w ogóle mnie nie martwiło.

Pod innym drzewem, na rozkładanych krzesełkach i również z napojami w dłoniach zebrała się spora grupa rodziców, którzy z daleka dopingowali swoje pociechy w różnych językach. Każdy, podobnie jak my, ściskał w dłoniach telefon, w którym sprawdzane były wyniki odbywających się właśnie w odległym kraju meczów i czynione komentarze na ten temat. Zanim się rozstaliśmy po tym wyczerpującym treningu, każdy kopnął raz piłkę, niektórzy próbowali popisać się jej żonglowaniem. Z różnym skutkiem. By nie myśleć o własnych słabościach, postępującym braku kondycji i lenistwie po prostu, zaczęliśmy wymieniać uwagi na temat strasznego gorąca, braku czasu i ogólnego zmęczenia.

Na pewno podjęta będzie jeszcze niejedna próba spotkania się, ale tym razem nikt już się nie da nabrać. Spodenki, koszulki, buty i piłki powędrowały do szaf i pewnie już tam zostaną na zawsze. Akceptowanym przez wszystkich rozwiązaniem będzie po raz kolejny uczestniczenie w rozgrywkach piłkarskich z własnej kanapy, ewentualnie barowego stołka, z którego każde potknięcie, upadek, czy zbyt wolny bieg łatwiej jest krytykować.

Z siebie można się pośmiać, ale zatrzymam się na chwilę i z wielkim szacunkiem pozdrowię tych sportowców - amatorów, którzy jednak plany gry realizują. Widuję ich czasem w różnych miejscach, gdy nie zważając na pogodę, zdrowie i opinię innych, gotowi do walki stają na własnych połowach boiska. Wyróżniają się zniszczonymi butami i niedbałym naciągnięciem skarpet. Koszulki też mają dużo luźniejsze. Niestety, ich piłki są mocno skopane, porysowane i brudne. Nie to co nasze, świecące kolorami i zawsze widocznym logo producenta.

No dobra, wracam na kanapę oglądać mecze. Za chwilę wpadną umówieni koledzy. Trzeba zamówić pizzę i coś do picia. Prowadząc sportowy tryb życia można sobie pozwolić na nieco więcej kalorii od czasu do czasu.

Miłego weekendu.

Rafał Jurak
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.