Najdłuższe wybory świata
Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa
----- Reklama -----
Rafał Jurak

Rafał Jurak


Kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Udostępnij swoim znajomym:

Kiedy zaczyna się kampania wyborcza? Jedni mówią, że w momencie zgłoszenia pierwszego kandydata. Inni, iż poczekać należy co najmniej na dwóch.

W pierwszym przypadku był to dzień 17 lutego 2017 roku, tuż po inauguracji, gdy Donald Trump zapowiedział zamiar ubiegania się o kolejne 4 lata. Ale skoro wiadomo było, że urzędujący prezydent pierwszej kadencji to uczyni, bo tak jest zawsze, to sięgnijmy po datę kolejnego zgłoszenia. Czyli 28 lipca 2017 roku, gdy John Delaney, polityk z Maryland, poinformował o planowanym udziale w walce o nominację partii demokratycznej, co było absolutnym rekordem. Od tamtego dnia do 3 listopada 2020, czyli tegorocznych wyborów, upłyną 1,194 dni, a więc 3 lata, 3 miesiące i 6 dni.

W listopadzie tego samego roku pojawił się kolejny kandydat, w 2018 roku następnych trzech. Prawdziwy wysyp mieliśmy jednak w pierwszych miesiącach 2019. Nawet jeśli dopiero ten moment potraktujemy jako właściwy początek kampanii, to wciąż mówimy o prawie 2 latach. Urodzone wtedy dzieci już biegają, rysują i mają własne preferencje żywieniowe. W innych krajach wybrano by w tym czasie przywódców kilku lub nawet kilkunastokrotnie. Nie można tego jednak porównywać, bo każde państwo ma własne zasady, zwyczaje i rozwiązania.

Oczywiście można powiedzieć, że szybsze wybory to ich niższa jakość, poza tym musimy brać pod uwagę specyfikę Stanów Zjednoczonych, ale zastanówmy się, czy przypadkiem prawie dwuletnia kampania nie jest przesadą? Zwłaszcza, że mało kto potrzebuje aż tyle czasu na decyzję, którego kandydata lubi bardziej. Często małżeństwa mają krótszy staż narzeczeński. Oczywiście wiele ma dłuższy, ale statystyki rozwodów nie potwierdzają, by w takich przypadkach małżonkowie dokonywali lepszych wyborów.

Nasze zmęczenie jest wynikiem ciągłej walki o głosy. Nie tylko gdy kończy się jeden cykl wyborczy, to zaczyna kolejny, ale czasami nakładają się one na siebie. Weźmy ostatnie cztery lata. W momencie, gdy trwały już podchody prezydenckie, w 2018 r. wybieraliśmy Kongres. W 2019 Chicago głosowało na burmistrza i radnych. Nie było nawet chwili na złapanie oddechu, bo natychmiast nastąpił powrót do już całkiem gorącej kampanii prezydenckiej. A przyszły rok to kolejna dawka emocji związanych z ewentualną wymianą radnych i burmistrzów na wielu przedmieściach.

Długie wybory to więc zmęczenie głosujących, ale także wysoki koszt. Tegoroczne nie tylko są najdłuższe, ale też najdroższe, o czym piszemy w osobnym tekście. Fakt, tym razem koszt luźno związany jest z czasem, ale mimo wszystko przez pół roku trudno byłoby politykom wydać 14 miliardów. Nie mówię, że byłoby to niemożliwe, ale wymagałoby już niezłych kombinacji.

Połączenie krótkiej kadencji z wyjątkowo długą kampanią negatywnie też wpływa na efektywność prac rządu. Przez większość kadencji potrzeby kampanii górują nad potrzebami kraju i społeczeństwa. Wygląda to trochę tak, jakbyśmy wybierali polityków po to, by dać im jeszcze lepsze narzędzia do realizacji swych politycznych ambicji.

Same minusy? Niekoniecznie

Prawybory, które strasznie proces wydłużają, są jednym z filarów prezydenckich kampanii w USA. W systemie dwupartyjnym pozwalają nam zadecydować, kto nas będzie reprezentował. Poza tym zwiększają szanse kandydatów spoza kręgów politycznych. Ale, jak wspomniałem, tutejszy system wyborczy różni się od reszty świata, gdzie podobne prawybory raczej by się nie sprawdziły.

“Nie narzekajmy na długość wyborów, bo uchroniło nas to przed niejednym błędem w przeszłości” - napisał ktoś, kiedyś, wskazując na 1992 r. Rzeczywiście, gdyby wybory trwały na przykład 45 dni od momentu zgłoszenia kandydatów, to prezydentem zostałby prowadzący na początku w sondażach Ross Perot. Być może okazałby się dobrym gospodarzem Białego Domu, ale osobiście nie jestem zwolennikiem tego typu eksperymentów.

No więc zgrzytam zębami na długość kampanii, ale nie powinno mnie to dziwić. Skoro wybory nie są oficjalnie ogłaszane jak w innych krajach, to mogą trwać ile chcą tego kandydaci. Ale nie do końca zgodzę się ze stwierdzeniem, iż krótsze kampanie to mniej poinformowani wyborcy. Bywa różnie. Po przestudiowaniu 113 cyklów wyborczych w 13 krajach politolodzy Randolph Stevenson oraz Lynn Vavreck doszli do wniosku, iż wyborcy mogą wiedzieć więcej o sytuacji ekonomicznej w kraju, gdy kampania jest wystarczająco długa. Problem w tym, że za wystarczająco długą uznali trwającą co najmniej sześć tygodni. No i wracamy do punktu wyjścia…

Nie ma systemów idealnych, ani wyborczych ani politycznych. Ani w USA ani w żadnym innym kraju świata. Jeśli mamy porównywać, to musimy dobrze poznać działania innych, a wtedy może się okazać, że nasz nie jest wcale taki zły.

To, co mnie martwi podczas długich kampanii najbardziej, to ich negatywny wpływ na wyborców. Przez prawie 2 lata atakowani jesteśmy wyborczym szambem. To potok negatywnych informacji, szkalowania, opluwania. Z każdej strony i przez wszystkich. Chcemy, czy nie, ulegamy temu. Po jakimś czasie dochodzimy do wniosku, że poza naszym kandydatem wszyscy kłamią, oszukują, kradną, spiskują. Niektórym odbija do tego stopnia, że tracąc kontakt z rzeczywistością sięgają po ostateczne argumenty - przemoc. A to przecież tylko polityczny marketing. Negatywna kampania jest najbardziej skuteczną, więc była, jest i będzie stosowana. Szkoda tylko, że nie daje nam się nieco odpocząć .

Miłego weekendu

Rafał Jurak
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.