Różne różnice
----- Reklama -----
Idalia Błaszczyk

Idalia Błaszczyk


Kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Udostępnij swoim znajomym:

Lewostronnego ruchu raczej nikt się nie spodziewał, ale chyba każdy przybywający do USA miał jakieś wyobrażenie o tym, jak się tu żyje. Miał? Mieliśmy?

Dostawaliśmy zdjęcia i pocztówki pełne drapaczy chmur, wielkich domów z basenami, dużych samochodów.

W drodze z lotniska O'Hare zauważyłam mnóstwo małych domeczków.

"O, widzę, że tu działki są tak popularne jak u nas, w Polsce. Moja rodzina też pobudowała altankę".

To nie były działki ani altanki, to były chicagowskie domy jednorodzinne poustawiane równiutko wzdłuż przecinających się pod kątem prostym ulic...

Dość szybko zorientowałam się, że nie tak prosto jest zamówić w restauracji herbatę. Zwykle (przed pandemią) musiałam sprecyzować, że chcę herbaty gorącej, nie mrożonej. Kelner czasem robił zdziwioną minę, a następnie ja się dziwiłam: herbata przychodziła w bardzo skomplikowanej postaci. Był dzbanuszek z ciepłą wodą, filiżanka, był talerzyk, na talerzyku papierek z ekspresową (jeśli się powiodło to prawdziwą, ale często - jakąś ziołówką), był cukier w papierku, plasterek cytryny, albo kawałeczek cytryny, mógł być miód, a czasem pytano nawet, czy nie chcę mleka. Jednym słowem: cacy-lali, ale zwykle, 90 przypadków na 100, nie podawano łyżeczki! Jak sobie tubylcy mieszają cukier w herbacie, do dziś nie wiem. Mnie się zdarzało posługiwać łyżką od zupy, widelcem, plastikową rurką, pałeczkami drewnianymi.

Moja znajoma naraziła się całemu towarzystwu, gdy do żeberek czy pizzy poprosiła nóż i widelec.

Różne różności różnią różne narody. Czasem jest to zabawne, czasem denerwujące, a czasem jednak lepiej wiedzieć niż nie!

Osoba, która dopiero co przyjechała, została zabrana do biura Social Security. Kiedyś dawano numery ubezpieczenia społecznego nawet tym, którzy zjawiali się tu z wizą turystyczną. W biurze dostali do wypełnienia formy. Jako że jako tako mówił ten świeżo przybyły po angielsku, wypełniał je sam. Amerykańscy znajomi nie zaglądali przez ramię, nie sprawdzali, gadali wszyscy jak najęci, bo przecież dawno się nie widzieli. Forma wypełniona, oddana, urzędnik mówi - czekać, karta z numerem przyjdzie pocztą. Minął tydzień, minęły dwa - nic. W końcu ktoś z amerykańskich znajomych stwierdził, że trzeba do urzędu znowu pojechać i szczególnie jedną rzecz wyjaśnić:

- Jak ty zapisałeś nasz adres?

Bo świeżo przybyły podawał ich adres, a adres miał numer domu 9714.

- Napisz.

No i pisze nasz Rodak: dziewiątka jak cię mogę, ale siódemka przekreślona w pasie, jedynka z jakimś paseczkiem z przodu, czwórka dziwna.

I odbyła się lekcja kaligrafii. Świeżo przybyły z Polski oniemiał - wszystkiego można się było spodziewać, ale tego, że oni tu inaczej piszą? W życiu. Po kilku latach, gdy sprowadził tu rodzinę i posłał dzieci do szkoły, już się tak bardzo nie dziwił, że dzieci zapisują działania matematyczne w zeszytach w linie, nawet dzielenie czy mnożenie. I w ogóle jakoś inaczej tę matematykę zapisują!

W biurze wtedy, przed laty, sam się przyznał, że napisał jak napisał, nawet pokazał urzędniczce, jak. Od razu machnęła ręką, też uważała, że to jest powód braku kartki w poczcie. Wypełnił aplikację jeszcze raz, napisał adres poprawnie i numer Social Security po dwóch tygodniach dostał.

Z czasem każdy z nas zauważy, że w ogóle się tu inaczej pisze. Nieraz wydaje mi się, że wszyscy tu mają taki sam charakter pisma. Takie zawijasy, r dziwaczne, zet bywa jak w rosyjskim, wszystko połączone, płynne, bywa że trudne do odczytania. W komputerze są różne fonty i w ręcznym pisaniu też bywają różne wzory, style, kroje literek. Kursywa to właśnie odręczne pismo, w którym literki się zlewają, ale kształt tych literek to już inna rzecz. W Polsce też nas uczyli kursywy, żeby w zdaniu "Ala ma Asa" literki się ze sobą łączyły, ale z czasem każdy z nas bazgrolił po swojemu. Tu podobno już kursywy nie uczą, raczej dzieci piszą niemal drukowanymi literami, ale wśród dorosłych trafi się jeszcze osoba, która tak napisze, wykaligrafuje, tak nawykręca, że nie sposób - nam - odcyfrować.

Więc nie tylko cyferki, literki też mają tu swoiste.

A mój znajomy od feralnego adresu teraz kibicuje koledze, który toczy batalię z kartą kredytową. Otóż kolega zapłacił także kartą za coś tam $30.89. Tylko tyle, przez cały miesiąc. Dostał rachunek na 61.00 dolarów. Dlaczego? Dzwonił do karty, dowiedział się, że to dlatego, że zapłacił $30.88, więc naliczono mu karę! Sto procent! Z powodu jednego centa!! Domyśla się, że to wina jego charakteru pisma, widocznie na czeku tak nabazgrolił owe 89 centów, że człowiek? komputer? odczytał to jako centów 88 i cały ambaras. Czekaja teraz na reakcję kierownika, bo pracownik serwisu w karcie nie wiedział, co z tym zrobić.

Trzeba będzie zacząć płacić przez komputer, bo odręczne pismo staje się najwyraźniej - nieczytelne!

Idalia Błaszczyk
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.