Wiara czyni... fake news
----- Reklama -----
Idalia Błaszczyk

Idalia Błaszczyk


Kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Udostępnij swoim znajomym:

To wcale nie było tak dawno - zaledwie kilkanaście lat temu. Wystarczyło zasiąść nocą przy radioodbiorniku i słuchać rozpowszechnianej przez dziesiątki stacji radiowych w USA, a nadawanej z Kalifornii audycji Art Bell. Czego tam nie było? Oczywiście Area 51, kosmici, tajemnicze zjawiska na niebie i ziemi, tajemnicze choroby, spiski, telepatia, czytanie ludzkich myśli, cudowności.

Którejś nocy na antenę zadzwonił pilot małego samolotu. Mówił, że właśnie nadlatuje nad Area 51, że właśnie "namierzyli" go! Chyba będą strzelać! Przekaz się urwał! Uff. To dopiero było show.

Następca Art Bell, George Noory, kiedyś łączył się na żywo z ekipą szukająca gdzieś w północno-zachodnich krańcach USA osobnika znanego jako Wielka Stopa. No już go mieli, już świadkowie powiedzieli, gdzie był i co robił, no już, już. Dziś się nie udało, łączymy się jutro i znowu - już, już... Doszło do awantury, prowadzący audycję napyskował na relacjonującego poszukiwania łowcę Big Foot. I tyle. Mówiło się tam o umieraniu pszczół i o wszczepianiu ludziom chipów. Dużo w tym było zabawy, puszczania oka do słuchacza, ale też prawdziwych emocji, jakie zwykle towarzyszą nam w kontakcie z Nieznanym, z Tajemnicą.

Czy to były fake news?

Pewno tak. Zwłaszcza, gdy na scenę audycji wkraczał raczkujący wtedy Alex Jones.

Czy takie radiowe zabawy przysłużyły się temu, że teraz mamy do czynienia z Infodemią? Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła, że dezinformacja związana z wirusem Covid jest równie groźna jak sama pandemia. Okazało się, że rządy są bezradne wobec fake newsów w sieci, podkopane zostało zaufanie do informacji. Infodemia robi nam wodę z mózgu, odbiera zdrowy rozsądek, możliwość spokojnego zastanowienia się nad tym, czego właśnie doświadczamy.

Tylko tych kilkanaście lat i jaka odmiana. Jednym kliknięciem o sensacyjnej sytuacji nad Area 51 można poinformować miliony ludzi. Badacze zjawiska mówią o miliardach nieprawdziwych wiadomości.

Ta lawina bredni ma jeszcze i tę cechę, że wypiera fakty, prawdziwe dane, prawdziwe informacje. "Kiedyś do mediów zapraszało się ekspertów... Dziś sprawę wyborów prezydenckich w Stanach komentuje pięściarz, a kwestie szczepionek - piosenkarka. Rozmycie się autorytetów sprawiło, że ludzie nie przywiązują wagi do źródła informacji"- powiedział Rafał Pikula, autor bloga homodigital.pl, cytowany przez Bartosza Kiciora w artykule zamieszczonym na stronie Interia.pl.

Ciągle zadaje się pytanie, dlaczego? Dlaczego jesteśmy skłonni raczej uwierzyć w sensacyjne brednie niż w racjonalnie podana informacje? Teraz w dobie pandemii mamy "fałszywe testy, cudowne leki, globalne spiski, statystów, którzy udają chorych, zabójcze szczepionki, szkodliwe maseczki" - mówi Grzegorz Szymonik ze Stowarzyszenia "Demagog". Jest to pierwsza w Polsce organizacja jak to się teraz mówi: fact-chekingowa, czyli sprawdzająca fakty. Od 2014 roku sprawdzają wypowiedzi i obietnice polityków, różne bzdury upowszechniane w różnych debatach, forach, na platformach. Chcą poprawiać jakość debaty publicznej, urządzają warsztaty i szkolenia. Od 2019 roku należą do Międzynarodowej Sieci Fact Checking /IFCN/, co zobowiązuje ich do przestrzegania pewnych zasad, a to ma ich działalność uwiarygodnić w oczach tych, którzy z ich pracy korzystają. Mają działać jawnie, mają być apolityczni, udostępniać źródła, a celem jest też realizacja idei społeczeństwa obywatelskiego.

Czy jest to tylko przekonywanie przekonanych? Trudno powiedzieć. Czy ktoś kto wierzy, że na noszonych przez nas maseczkach pojawiają się robaki, będzie szukał informacji, czy jest to prawda, czy fałsz? Wierzy, więc wierzy, że wie. I tyle.

Założę się, że trwają badania nad stanem naszych jaźni. Że naukowcy sprawdzają, dlaczego jesteśmy coraz bardziej podatni, coraz łatwiej wierzymy w różne bujdy, brednie, no - w fake newsy. W Polsce, w USA, przypuszczam, że w innych krajach też. Chemtrails - rozpylanie chemikaliów z samolotów, może zarazków, w każdym razie to cześć depopulacji, chyba, bo chodzi o to, by ludność podtruć. Więc strach, boimy się, bo przecież "trują". Nie ma możliwości, żeby wierzącego w te brednie przekonać. A z drugiej strony - w globalne ocieplenie nie uwierzy! Powie, że to: jasne - fake news, popularyzowany przez lewactwo. Dlaczego? Nie wiadomo. Ale rodzi się pytanie o to, kto na tym korzysta. Na tym, że ludzie są przerażeni, że miotają się do jednej bredni do drugiej. Tak spreparowany pacjent jest też gotowy uwierzyć w celowo prowadzone kampanie oczerniania osób, instytucji, idei. Kto wie, to nawet znajdzie w sieci cennik takich usług. 

Najłatwiej stwierdzić, że wszystkiemu winien Internet. Bo właśnie jednym kliknięciem można powiadomić miliony ludzi. Bo dzięki Internetowi powstało coś, co krótko nazywaliśmy dziennikarstwem społecznym - każdy ma kamerę, mikrofon i dostęp do odbiorców, każdy więc może relacjonować, powiadamiać. Straszne to wydało plony na przykład po zbrodni w Sandy Hook, szkole podstawowej, w której morderca strzelał z broni półautomatycznej do pięcio- czy sześcioletnich dzieci. Telewizja oczywiście ofiar nie pokazała, co stało się wodą na młyn "najlepiej poinformowanych" spiskowców. Dopatrzyli się oni inscenizacji całego zdarzenia, nie uwierzyli, że A. Lazna strzelał, że dzieci zginęły. Jakoś to nawet uzasadniali, dlaczego niby władza, czy ktokolwiek, miałby taka inscenizację urządzić. Podobnie było po zamachu w Bostonie, że już o September 11 nie wspomnę.

Widmo bredni krąży nad światem. Potrzeba nam jakiegoś odważnego rycerza, który odetnie łeb tej hydrze.

Idalia Błaszczyk
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.