„Uwolniliśmy potwora” – powiedziała niedawno premier Danii Mette Frederiksen, gdy tłumaczyła, dlaczego jej rząd planuje zakazać dzieciom poniżej 15. roku życia korzystania z mediów społecznościowych. – „Telefony i aplikacje kradną naszym dzieciom dzieciństwo”. Tym samym Dania dołącza do rosnącej grupy państw, które postanowiły wypowiedzieć wojnę cyfrowemu uzależnieniu najmłodszych.
Choć projekt ustawy będzie wymagał jeszcze miesięcy prac, sam fakt, że pojawił się w kraju znanym z umiarkowania i rozwagi, pokazuje skalę frustracji wobec wielkich firm technologicznych.
Według danych przedstawionych w duńskim parlamencie, aż 94 proc. dzieci poniżej 13 lat ma konto w mediach społecznościowych – mimo że regulaminy tych platform formalnie zabraniają im zakładania profili. I choć technicznie rzecz biorąc większość serwisów ma „dolny limit wieku”, w praktyce jest on martwy.
Rodzice na całym świecie coraz częściej zadają sobie te same pytania: co widzą w sieci ich dzieci, jak wpływa to na ich zachowanie, czy stają się ofiarami – albo sprawcami – przemocy? Odpowiedzi nie są uspokajające. Badania pokazują, że przeciętny amerykański nastolatek spędza na platformach takich jak YouTube, TikTok, Instagram czy Facebook niemal pięć godzin dziennie.
Od Australii po Europę
Reagują kolejne kraje. Australia już w zeszłym roku przegłosowała ustawę zakazującą używania mediów społecznościowych przez dzieci poniżej 16 lat – przepisy wejdą w życie w grudniu. Według danych szkoły biznesu Stern przy Uniwersytecie Nowojorskim, na świecie obowiązuje już co najmniej 26 aktów prawnych w 19 krajach, które mają chronić nieletnich w Internecie.
Potęga Doliny Krzemowej
Tymczasem same koncerny technologiczne reagują na te działania niechętnie. W oficjalnych komunikatach zapewniają o trosce o bezpieczeństwo młodych użytkowników i o nowych narzędziach kontroli rodzicielskiej, ale w praktyce równocześnie ograniczają moderację treści. Niektórzy menedżerowie z Doliny Krzemowej prywatnie lekceważą obawy polityków i rodziców, uznając je za kolejną falę moralnej paniki, jaka pojawia się przy każdej nowej technologii.
Nigdy jednak w historii tak bogaci właściciele firm technologicznych nie mieli tak ogromnego wpływu na politykę rządu federalnego USA, jak dziś. Ich pieniądze, kontakty i platformy komunikacyjne stały się elementem gry politycznej – od finansowania kampanii po kształtowanie opinii publicznej. Dlatego część komentatorów przewiduje, że nawet jeśli świat pójdzie w stronę surowszych regulacji, Stany Zjednoczone mogą wybrać inną drogę – bardziej ostrożną wobec jakichkolwiek ograniczeń, które mogłyby uderzyć w gigantów z Doliny Krzemowej.
Dzieci wiedzą, że mają problem
Najbardziej przejmujące w debacie o uzależnieniu od sieci są jednak głosy samych dzieci. Brytyjski think tank Demos przeprowadził warsztaty z ponad 700 uczniami, pytając ich, co myślą o mediach społecznościowych. Większość badanych przyznała, że smartfony pomagają im uczyć się, kontaktować i czuć bezpieczniej – ale równocześnie przyznawali, że aplikacje są ogromnym rozpraszaczem, a także źródłem pornografii, mizoginii i hejtu.
„To jest zawsze włączone. Jest częścią wszystkiego” – powiedział jeden z nastolatków. Autorzy raportu, którzy początkowo sceptycznie patrzyli na pomysł zakazów, ostatecznie uznali, że dzieci poniżej 16 lat powinny być odcięte od mediów społecznościowych, by wyrwać się ze „szponów uzależnienia”.
Nie tylko dzieci, ale i młodzi dorośli użytkownicy mają świadomość, że są w pułapce. Badanie przeprowadzone wśród amerykańskich studentów pokazało, że przeciętny uczestnik zgodziłby się zrezygnować z TikToka na miesiąc tylko wtedy, gdyby dostał za to 50 dolarów – ale byłby skłonny zapłacić 24 dolary, by... wszyscy inni też musieli to zrobić.
To pokazuje, jak silny jest mechanizm lęku przed „wypadnięciem z obiegu” – i jak trudno jest zerwać z uzależniającym rytmem nieustannego scrollowania.
To nie walka o wolność słowa, ale wolną wolę
Zwolennicy ograniczeń argumentują, że branża technologiczna nie ma motywacji, by naprawdę chronić młodych użytkowników – bo to właśnie oni generują ogromną część ruchu, a więc i zysków. Jedynym skutecznym narzędziem są więc przepisy i konsekwentne ich egzekwowanie.
Niektórzy politycy obawiają się jednak, że twardsze działania wobec amerykańskich gigantów technologicznych mogą zostać odebrane jako atak na „wolność słowa”. Być może – jak powiedział Jack Dorsey, były szef Twittera – to zupełnie fałszywy trop. „Prawdziwa debata nie dotyczy wolności słowa, tylko wolnej woli” – stwierdził.
I właśnie o nią chodzi wszystkim tym, którzy chcą ograniczyć dostęp dzieci do cyfrowych „potworów”. Bo problemem nie jest to, że młodzi ludzie nie mają nic do powiedzenia w internecie – ale że coraz trudniej jest im zdecydować, kiedy przestać i po prostu wyłączyć ekran.