Jak tu zdrowym być?!
Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa
----- Reklama -----
Rafał Jurak

Rafał Jurak


Kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Udostępnij swoim znajomym:

Znam kilka osób, które zdrowym nazywają swój styl życia. Znajoma wyeliminowała z jadłospisu szkodliwą sól, ale w dalszym ciągu spala dziennie pół paczki papierosów. Poznałem osobnika, który mając skłonność do astmy zamontował w swoim domu specjalny system filtracji powietrza, choć będąc stolarzem nie używa w pracy maski pyłowej – bo go uwiera i przeszkadza. Słyszałem o wielu osobach wykonujących wykluczające się czynności i przekonanych, że podnoszą one w ten sposób jakość swego życia.

O dietach stosowanych chyba przez połowę społeczeństwa nie wspomnę, ale przypomnę słowa Dolly Parton:

"Spróbowałam każdej diety opisanej w książkach. Nawet kilku w nich nieopisanych. Spróbowałam nawet zjeść książkę. Smakowała lepiej niż opisane w niej diety".

Każdy z nas próbuje, niewielu się udaje. Nie ma się jednak czym martwić, bo utrzymanie ciała w dobrej kondycji, to trudne zadanie. Przynajmniej tak sobie tłumaczymy ewentualne niepowodzenia. Dla uspokojenia sumienia możemy również użyć innego argumentu: otóż wszystkie metody wydłużenia życia i poprawienia jego jakości i tak nie mają większego znaczenia, bo zewsząd otoczeni jesteśmy innymi zagrożeniami.

Do takich wniosków doszedłem po zapoznaniu się z pewnym artykułem opisującym szkodliwość przedmiotów codziennego użytku. Po lekturze zachowuję się we własnym domu jak wariat. Obserwuję reakcje swojego organizmu, badam puls, z niepokojem spoglądam w lustro badając odcień cery i wielkość źrenic. Trzymam się daleko od ścian, podejrzliwie oglądam wszystkie przedmioty, uważnie czytam ostrzeżenia. Najchętniej spałbym na stojąco, ale ewolucja nas do tego nie przystosowała. Skąd miała wiedzieć, że sami zgotujemy sobie taki los?

Okazuje się, że szkodzi nam wszystko. Siedzę więc bez ruchu ze szklanką organicznego soku w dłoni i z niepokojem rozglądam się wokół. Siedliskiem trucizn jest na przykład szafa z ubraniami, zwłaszcza jeśli trzymamy w niej odzież czyszczoną chemicznie. Podobno chemikalia używane w tym procesie należą do najbardziej trujących na ziemi i nie można się ich pozbyć. Ktoś obliczył, że człowiek, który przez 40 lat zakłada dwa razy w tygodniu jakąś część garderoby praną w ten sposób, ma w swoim organizmie dawkę perchloroethylenu 150 razy przekraczającą dopuszczalne normy. Mało tego, osoby odwiedzające taką pralnię mają tę dawkę dwukrotnie przekroczoną w wydychanym przez siebie powietrzu. Warto wiedzieć, że trujące są wszystkie ubrania, które znalazły się w pobliżu przyniesionej z pralni koszuli. Nie muszę chyba dodawać, że związek ten jest silnie rakotwórczy?

Kolejny problem to aerozolowe odświeżacze powietrza. Nie eliminują one zapachów, a jedynie maskują je lub znieczulają nasze receptory tak, byśmy stali się niewrażliwi na otoczenie. Zawarte w nich związki chemiczne dostają się do płuc, gdzie czynią podobno niezłe spustoszenie.

Produkty spożywcze w puszkach. To nie zawartość środków konserwujących, ale samo opakowanie jest najbardziej szkodliwe. Do tej pory nie udało się stworzyć metalu, który nie wchodziłby w reakcję chemiczną z produktami spożywczymi. W związku z tym ich wnętrze pokryte jest substancją, w której skład wchodzi bisphenol-A, w skrócie BPA. Naukowcy twierdzą, iż związek ten odpowiedzialny jest za zaburzenia hormonalne, otyłość, choroby serca i wiele więcej niepokojących schorzeń. Raaany! Koniec ze szprotami w oleju!

Materace do spania, poduszki, kołdry i gąbka, która wchodzi w skład mebli wypoczynkowych. Przed zakupem powinniśmy uważnie przeczytać ulotkę i sprawdzić, czy przypadkiem produkt nie jest zgodny z kalifornijskim rozporządzeniem TB 117. Oznacza to, że nie jest łatwopalny. Oznacza to również, że zawiera sporo chemicznych substancji niepalnych odpowiedzialnych przy okazji za kilkadziesiąt poważnych chorób, w tym nowotwory i zaburzenia psychiczne.

Trują szafki kuchenne i farby na ścianach. W łazience mamy prawdziwy arsenał chemiczny, zwłaszcza w postaci kosmetyków pielęgnacyjnych dla pań. W wodzie płynącej z kranu wielokrotnie przekroczone zostały normy zawartości mikrocząsteczek plastiku i środków antykoncepcyjnych. Ołów i rtęć to drobiazg...

Nie mamy już gdzie się kryć, nie warto również uciekać, bo wyczytałem, że bieg po zdrowie i głębokie oddychanie wzmaga wchłanianie w płucach toksyn zawartych w otaczającym nas powietrzu. Nie ma się co przejmować. Trudno.

Martwi mnie jedynie, że zamiast walczyć, informujemy. Tak jakby wiedza na ten temat automatycznie poprawiała nasze samopoczucie. Może z jednym wyjątkiem, gdy informacja o szkodliwości produktu rzeczywiście wywołuje uśmiech na twarzy.

Jakiś czas temu Amerykański Związek Lekarzy Pediatrów poinformował, iż popularne hot dogi, czyli parówki mięsne, są niebezpieczne dla dzieci. Po prostu najmłodsi nie potrafią ich odpowiednio spożywać łykając zbyt duże kawałki, które później zatrzymują się gdzieś między ustami, a żołądkiem. Lekarze zaproponowali więc dwa równie śmieszne rozwiązania. Pierwsze to ostrzeżenia na parówkach, dobre zwłaszcza dla kilkulatka, który przecież od urodzenia potrafi je czytać ze zrozumieniem.

Drugie to sugestia, by zmienić kształt parówki. Według pediatrów znacznie bezpieczniejsza byłaby parówka w kształcie trójkąta, kwadratu lub koła, bo wtedy dziecko musiałoby ją ugryźć i przed połknięciem przeżuć. Oczywiście wymagałoby to zmiany kształtu pieczywa używanego w hot dogach, ale to chyba najmniejszy problem, z jakim w walce o zdrowie przyjdzie nam się wkrótce zmierzyć.

Miłego weekendu.

Rafał Jurak
E-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.