Obiad u prezydenta
Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa
----- Reklama -----
Anna Czerwińska

Anna Czerwińska


Kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Udostępnij swoim znajomym:

Dom Prezydenta (dzisiejszy Biały Dom), zamieszkiwany przez rodzinę Thomasa Jeffersona, trzeciego prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki (1801-1809), rozbrzmiewał gwarem gości, podejmowanych niemal każdego dnia. Zadowolenie ich było ogromne – bo i jak nie skorzystać z jedynej okazji do posmakowania nieznanych potraw. Ich zaciekawienie było wcale nie mniejsze – osobowość Jeffersona zawsze wzbudzała ogromne zainteresowanie i podziw. Była to też spora nobilitacja, chociaż… niektórzy czuli się nieswojo, zanim zrozumieli zasadę Jeffersona, iż przy stole wszyscy są sobie równi i ranga społeczna nie ma znaczenia. Tę „drobną” niedogodność wynagradzała im gościnność domu i obiad u prezydenta.

Pierwszy dzwonek słychać było o 3 po południu i był zaproszeniem do stołu. Po godzinie dzwonek odzywał się ponownie i oznaczał, iż służba była gotowa do wniesienia parujących dań. Jedni byli zachwyceni, inni wspominali w swoich pamiętnikach: „Byłem u prezydenta. Obiad nieelegancki i nie był tak wystawny, jak wcześniej. Zupa ryżowa, kawałek wołowiny, indyk, baranina, szynka, schab cielęcy, jakieś kotlety z baraniny czy z cielęciny, nie wiem, smażone jajka, smażona wołowina, dziwne ciasto z makaronem, ale dobre. Były też bardzo dobre lody, trochę jak budyń pokryty sosem śmietanowym, ogromny wybór jarzyn, owoców, i dużo dobrego wina”.

Wow! Konia z rzędem temu, kto chociaż spróbował tych dobroci mało eleganckich…

Pamiętajmy, iż był to początek XIX wieku.

Państwo Jeffersonowie jadali dwa razy dziennie – śniadanie (8 rano) i obiad (4 po południu). Czasem wydawano też kolacje w późniejszych porach, ale… były one samoobsługowe, by goście i gospodarze czuli się swobodnie, a służba nie podsłuchiwała ważnych rozmów politycznych.

Thomas Jefferson miał „wilczy apetyt” przede wszystkim na czytanie książek. Zawsze, czekając na obiad i zbierających się wokół stołu, musiał przeczytać chociaż parę stron. Wstawał wcześnie – wraz z pierwszymi promieniami słońca, kładł się późno, bo… czytał, liczył, zapisywał, porównywał, rysował, opracowywał… Zaglądał również do kuchni, czy wszystko jest według jego wskazań i szefa kuchni, francuskiego emigranta, Honoré Julien (w roku 1810 Julien otworzył w Waszyngtonie lokal gastronomiczny z cukiernią, gdzie serwowano europejskie nowości, również lody!, ale tylko dwa razy w tygodniu).

Preferencje kulinarne współautora Deklaracji Niepodległości zostały częściowo ukształtowane podczas jego czteroletniego pobytu we Francji. Pełnił tam funkcję amerykańskiego ambasadora, mieszkał w Paryżu na Polach Elizejskich, jeździł do innych krajów, podglądał, smakował, zapisywał. Rodzinne przepisy, które przetrwały – osiem spisanych przez prezydenta, do wglądu w Bibliotece Kongresu – obejmują między innymi krem migdałowy, ciasto na makaron czy lody waniliowe. W Holandii Jefferson zachwycał się goframi, we Włoszech – makaronem z sosem serowym. Te smakowite nowości zaproponował Ameryce, podobnie jak inne produkty spożywcze: oliwę z oliwek, francuską musztardę, wyśmienite wina i szampany. Twierdził, iż lepszy kiepski szampan od win musujących. Dzisiejsi enolodzy mogą być innego zdania, a ich wykład w temacie win wszelkich zadziwiłby nas niepomiernie. Prezydent uwielbiał dobre wina. Wypijał – wyłącznie do obiadu – do pięciu lampek trunku dla „lepszego samopoczucia, a i spokojniejszego trawienia”. Nic więc dziwnego, że w ponad osiemdziesięciu skrzyniach przywiózł z Europy, poza formami na lody i podręcznym sprzętem kuchennym, 680 butelek wina włoskiego i francuskiego.

Warto wspomnieć też o… szklarniach, potem ogrodach. Jefferson był zwolennikiem świeżych warzyw na talerzu z dodatkiem niewielkim mięsa. Założył więc przy Domu Prezydenta szklarnię, gdzie uprawiano między innymi „miłosne jabłka”, czyli pomidory, i egzotyki jak brokuły i karczochy. Były tam też pomarańcze i cytryny!

Upodobania ogrodnicze przeniósł po prezydenturze do swojej rezydencji, do Monticello (Virginia). W ogrodach zaprojektowanych przez Jeffersona (nadal istnieją) było wówczas około 250 odmian warzyw i ziół, wzbogacających menu byłego już prezydenta, nadal wydającego wspaniałe obiady, z winami europejskimi. Wprawdzie założył dwie winnice, jednak dobrego wina nie udało mu się wyprodukować…

Za to powstała „książka kucharska Jeffersona”, zbiór jego dowiezionych do Ameryki przepisów na dania nieznane, a które dzisiaj wspięły się na najwyższe podium kulinarne! (Macaroni and cheese i lody wszelkie).

Na podstawie opowieści i zapisów dziadka, wnuczka Jeffersona spisała pod koniec XIX wieku ponad dwadzieścia rodzajów przepysznych lodów do zrobienia domowym sposobem!!!

A co przygotować na współczesne lipcowe spotkanie? Oczywiście…

Macaroni and cheese w nowej odsłonie

Zbliżonej jednak do wersji z 1802 roku, kiedy podano „makaronowy paj” po raz pierwszy w Domu Prezydenta

35

Przygotować podwójną ilość makaronu z serem, doprawiając go dwiema szczyptami: czosnku w proszku, cebuli w proszku, gorczycy, pieprzu cayenne lub kilkoma kroplami ulubionego ostrego sosu. Wymieszać i ostudzić. Dodać pokrojoną w kostkę i zasmażoną szynkę, kiełbasę lub boczek, posiekany szczypiorek (1 łyżka, nie więcej), 1 jajko, dokładnie wymieszać, przełożyć do natłuszczonej blaszki na zapiekanki lub tzw. keksówki. Całość posypać świeżo tartymi serami: Gouda, Cheddar, Parmesan (albo tylko serem Cheddar), i bułką tartą wymieszaną z 1-2 łyżkami rozpuszczonego masła i papryką (wędzoną lub słodką). Wszystko zapiec w temperaturze 200 stopni C (400 stopni F) przez 30 minut lub do lekkiego zbrązowienia powierzchni zapiekanki.

Doskonałe danie samodzielne lub dodatek do mięs i kiełbasek pieczonych, grillowanych, z ogniska!

Na deser proponuję:

- Ulubione lody z bitą śmietaną i dekoracją jagodowo-malinową na wierzchu. Smak wyśmienity, kolorystyka świąteczna.

- Galaretkę z owocami i dekoracją śmietanowo-owocową, jak powyżej.

36

Płaskie, głębokie naczynie lub salaterkę wypełnić owocami: jagodami, truskawkami, malinami, winogronami, brzoskwiniami (bez skórki), nektarynkami. Doskonale też sprawdzają się owoce z puszki (brzoskwinie, gruszki, mandarynki) z jagodami i malinami. Całość zalać ulubioną galaretką (osobiście preferuję „black cherry”), przygotowaną według przepisu na opakowaniu, ale z użyciem tylko 2/3 lub nawet połowy ilości wody (zależnie od owoców). Odstawić do lodówki na dwie-trzy godziny.

Anna Czerwińska

wielbicielka muzyki klasycznej i dobrej literatury, amatorka gór i namiotu, podglądania życia od kuchni i innych obserwacji wszelkich na własny użytek.
Autorka blogów: o kuchni Stanów Zjednoczonych i… truflach czekoladowych
www.amerykanskiekulinaria.com
www.domowetrufle.com
kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.