Miała 13 lat i bała się ciemności, gdy trafiła do ośrodka terapeutycznego, który miał pomóc jej poradzić sobie z bólem związanym z adopcją i porzuceniem przez matkę. Kate zabrała ze sobą lampkę nocną — potrzebowała jej od czasu, gdy została wykorzystana seksualnie w innym ośrodku. Gdy współlokatorka ją wyłączyła, wpadła w panikę. Uciekła, zwinęła się w kłębek, płacząc i dusząc się ze strachu.
Myślała, że pracownicy przyszli ją uspokoić. Zamiast tego przycisnęli ją twarzą do podłogi. Przez długi czas trzymali ją siłą, krzycząc, że jest „poza kontrolą”.
Kate spędziła w takich placówkach większość swojego dorastania. Trafiała z jednego ośrodka do drugiego — aż do momentu, gdy jako pełnoletnia mogła sama się wypisać. Była częścią rozległego, słabo kontrolowanego systemu prywatnych ośrodków dla tzw. „trudnej młodzieży”.
Śledztwo agencji Associated Press pokazuje, że branża ta coraz częściej kieruje swoją ofertę do dzieci adoptowanych. Choć stanowią one zaledwie około 2 proc. wszystkich dzieci w USA, mogą stanowić nawet 25–40 proc. podopiecznych takich ośrodków.
System, który przypomina „ukryte sierocińce”
Wielu młodych ludzi twierdzi, że trafili do swoistego „cienia systemu sierocińców” — miejsca, które miało ich chronić przed samotnością, a zamiast tego znów ich od niej skazało. Obiecywano im „dom na zawsze”, ale kończyli w zamkniętych instytucjach, często na lata.
Placówki te potrafią kosztować nawet 20 tysięcy dolarów miesięcznie. W reklamach obiecują leczenie tzw. reaktywnego zaburzenia więzi (RAD), sugerując, że problemy dzieci wynikają z braku zdolności do nawiązywania relacji z opiekunami.
Eksperci są jednak zgodni: większość nastolatków w takich ośrodkach nie spełnia kryteriów tej diagnozy, a stosowane metody nie mają naukowych podstaw.
Przemoc, izolacja i brak kontroli
Z policyjnych raportów wynika, że dzieci — nawet dziewięcioletnie — doświadczają tam przemocy, chaosu, samookaleczeń i nadużyć seksualnych. Wielu wychowanków opuszcza te miejsca w gorszym stanie psychicznym niż przed przyjazdem. Niektórzy nigdy ich nie opuszczają.
Dzieci są przeszukiwane, krępowane, zmuszane do pracy fizycznej. Kontakt z rodziną bywa ograniczony i kontrolowany. Wielu opisuje te miejsca jako więzienie — z tą różnicą, że nie popełnili żadnego przestępstwa, nie mają wyroku ani sędziego nad sobą. Adoptowani i rodzice adopcyjni twierdzą, że dzieci opuszczają je z większą traumą niż w momencie przybycia
Kontrowersyjna diagnoza i błędne leczenie
Kate, adoptowana przez rodzinę z Kentucky, zmagała się z depresją, lękiem i zaburzeniami obsesyjno-kompulsyjnymi. Pragnęła poznać swoją biologiczną rodzinę, a brak bliskich miał na nią wielki wpływ. Bywała agresywna. Nigdy nie miała problemów z prawem, nie brała narkotyków, ale wie, że była trudnym dzieckiem do wychowania. Jej rodzice szukali odpowiedzi i trafili na diagnozę RAD.
Tymczasem — jak podkreślają specjaliści — zaburzenie to dotyczy głównie bardzo małych dzieci, które doświadczyły skrajnego zaniedbania. Nie powinno być stosowane wobec starszych dzieci czy nastolatków. Kate, będąc niemowlęciem, nie doświadczyła żadnych fizycznych zaniedbań. Jak sama opowiada, jej adopcyjna matka była obecna przy jej narodzinach i zabrała ją do domu natychmiast po przyjściu na świat. Jednak gdy Kate trafiła do ośrodka terapii stacjonarnej, tamtejsi terapeuci zapoznali jej rodziców z pojęciem reaktywnego zaburzenia przywiązania (RAD).
Badania pokazują, że nawet 40 proc. adoptowanych dzieci kierowanych na leczenie otrzymuje tę diagnozę, choć faktycznie nie spełnia jej kryteriów.
W jednym z ośrodków w stanie Utah Kate uczestniczyła w terapii z udziałem koni. Miała nauczyć się budować relacje — najpierw ze zwierzętami, potem z ludźmi. Jak wspomina Kate, w chwili, gdy opuszczała to miejsce, czuła się dokładnie tak, jak konie, które tam szkolono: złamana.
Dziewczęta musiały wykonywać polecenia bez emocji — bez płaczu, bez sprzeciwu. Za złamanie zasad groziły kary: wielogodzinne szorowanie podłóg szczoteczką do zębów, praca w upale czy ciężkie prace fizyczne.
„Zabrali nam indywidualność” — wspomina Kate. „Przekonywali, że pewna część ciebie jest zła, że jest toksyczna, niezdrowa, wadliwa i że musisz się jej pozbyć”.
Ostatecznie uległa. Stała się wzorową podopieczną — „zindoktrynowaną”, jak to ujęła. Została wyznaczona do oprowadzania rodziców, którzy rozważali skierowanie do tego programu kolejnej grupy dzieci.
Uinta to jedna z ponad tuzina placówek w całym kraju zarządzanych przez Family Help & Wellness – firmę, która mierzy się z licznymi pozwami sądowymi, w których zarzuca się jej stosowanie przemocy. FHW zaprzeczyła, jakoby dopuściła się jakichkolwiek nieprawidłowości w związku z tymi oskarżeniami.
Jak wyznała Kate, spośród czterech programów, w których brała udział, to właśnie Uinta odcisnął na niej najgłębsze piętno. To tam nauczyła się nie myśleć.
Biznes wart miliony dolarów
Śledztwo wykazało, że w USA działa co najmniej 80 prywatnych ośrodków specjalizujących się w pracy z adoptowanymi dziećmi. Cała branża może obejmować nawet 200 tysięcy młodych ludzi rocznie.
To lukratywny biznes — z marżami sięgającymi 20 proc. Zyski rosną, gdy obniża się koszty personelu i wydłuża pobyt dzieci. System działa przy minimalnym nadzorze, znacznie słabszym niż w innych placówkach medycznych.
W ostatnich latach niektóre ośrodki zamknięto po śmierci dzieci. Inne działają dalej mimo licznych zarzutów.
Jedną z ofiar był 17-letni Biruk Silvers, adoptowany z Etiopii. Śmierć Biruka Silversa stała się jednym z najbardziej wstrząsających przykładów tego, jak poważne mogą być konsekwencje funkcjonowania takich ośrodków. Nastolatek zmagał się z depresją i traumą, ale według pozwu złożonego przez rodzinę, w placówce nie zapewniono mu odpowiedniego nadzoru ani opieki. Kilka dni przed śmiercią miał powiedzieć terapeucie, że chce odebrać sobie życie. Mimo to — jak twierdzą bliscy — nie wdrożono skutecznych środków zapobiegawczych. Stanowe władze potwierdziły później uchybienia, wskazując m.in. na brak właściwego nadzoru i nieprzestrzeganie procedur zapobiegania samobójstwo. Dla jego rodziny to dowód, że system, który miał pomagać, zawiódł w najbardziej dramatyczny sposób.
Blaine, przyjaciel Biruka, pozostał w Discovery Ranch przez kilka tygodni po śmierci chłopca. Aż do chwili wyjazdu sypiał w tym samym łóżku, w którym zmarł jego przyjaciel.
„Każdej nocy” – mówił – „widziałem oczami wyobraźni tylko jego, wiszącego na tym słupku łóżka”.
Nie istnieje żaden federalny system monitorowania, dlatego nikt nie zna dokładnej liczby takich programów ani tego, ile dzieci przebywa w prowadzonych przez nie placówkach. Organizacja non-profit 11:11 Media Impact – której przewodzi dziedziczka hotelowej fortuny Paris Hilton (składająca zeznania przed ustawodawcami stanowymi i federalnymi na temat nadużyć, jakich sama doświadczyła w tego typu ośrodkach) – oszacowała w 2021 roku, że branża ta przyjmuje rocznie nawet 200 000 dzieci; w tym 50 000 umieszczanych tam prywatnie, wyłącznie na mocy decyzji rodziców.
Christy Nelson, nauczycielka pedagogiki specjalnej, opowiedziała, że próbowała zgłosić swoje obawy dotyczące ośrodka terapeutycznego w stanie Missouri, w którym pracowała, wszystkim, którzy przyszli jej do głowy: korporacyjnemu właścicielowi placówki, stanowym organom nadzoru, a także ustawodawcom. Jak stwierdziła, działania te nie przyniosły jednak żadnych rezultatów.
Według jej relacji personelu było zbyt mało, by zapewnić dzieciom bezpieczeństwo, a same dzieci znęcały się nad sobą nawzajem i dopuszczały się wobec siebie aktów przemocy. Panował tam tak wielki chaos, że prowadzenie zajęć dydaktycznych było niemal niemożliwe. Dzieci spędzały większość czasu w towarzystwie młodych, nisko opłacanych pracowników pierwszego kontaktu, których przygotowanie merytoryczne w zakresie opieki psychiatrycznej i psychologicznej było rażąco niewystarczające.
„Zaczęłam odnosić wrażenie, że żadne usprawnienia nigdy nie nastąpią, a na prawdziwą zmianę nie ma co liczyć” – powiedziała Nelson w rozmowie z agencją AP. „To było środowisko skrajnie dysfunkcyjne i niebezpieczne”.
Jak stwierdzono w raporcie, branża ta funkcjonuje bardziej jak system odosobnienia dla dzieci sprawiających problemy, niż jako miejsca, w których mają szansę uzyskać realną pomoc.
System pod coraz większą presją
Raporty i relacje byłych pracowników opisują te placówki jako „magazyny zaniedbania” — miejsca, gdzie dzieci są izolowane i kontrolowane, zamiast otrzymywać realną pomoc.
Branża znajduje się dziś pod rosnącą presją opinii publicznej i polityków. Coraz więcej mówi się o konieczności zaostrzenia przepisów i zwiększenia nadzoru.
Dla wielu młodych ludzi jest to jednak refleksja spóźniona. Kate podsumowuje swój pobyt w tych ośrodkach jednym zdaniem: „Baliśmy się cały czas.”
na podst. apnews