Tysiące osób w całych Stanach Zjednoczonych dołączyły do akcji określanej jako „ekonomiczny blackout” z okazji Międzynarodowego Dnia Pracy. W ramach ponad 3,5 tysiąca wydarzeń pod wspólnym hasłem „May Day Strong” organizatorzy wezwali uczestników do tego, aby nie szli do pracy, nie szli do szkoły, nie robili zakupów.
Protesty rozpoczęły się już od rana na wschodnim wybrzeżu. W Nowym Jorku pracownicy Amazon, członkowie związków zawodowych oraz lokalni politycy przemaszerowali spod głównej siedziby biblioteki publicznej na Manhattanie pod biura korporacji, domagając się zakończenia współpracy firmy z agencjami federalnymi zajmującymi się egzekwowaniem prawa imigracyjnego. W Waszyngtonie demonstranci blokowali skrzyżowania, niosąc transparenty z hasłami „Pracownicy ponad miliarderami” i „Opieka zdrowotna zamiast wojny”.
W innych częściach kraju również dochodziło do napięć. W Minneapolis policja zatrzymała sześć osób związanych z młodzieżowym ruchem klimatycznym, które zablokowały most. Z kolei w Portland protestujący zajęli lobby hotelu, w którym – według nich – przebywają urzędnicy federalni.
Tegoroczny 1 maja łączy wiele różnych ruchów społecznych. Obok tradycyjnych postulatów pracowniczych pojawiają się hasła dotyczące polityki imigracyjnej, sprzeciwu wobec wojen czy opodatkowania najbogatszych. W skład szerokiej koalicji „May Day Strong” wchodzą związki zawodowe, organizacje broniące praw imigrantów oraz grupy polityczne i społeczne, takie jak akie jak Democratic Socialists of America – oraz organizatorzy protestów pod hasłem „No Kings”. Piątkowa akcja zakłócenia funkcjonowania gospodarki stanowi kontynuację podobnych, skoordynowanych działań zapoczątkowanych w styczniu w Minnesocie, kiedy to dziesiątki tysięcy mieszkańców aglomeracji Twin Cities opuściło szkoły i miejsca pracy, by masowo wyjść na ulice i zaprotestować przeciwko wkroczeniu do miasta federalnych agentów imigracyjnych.
Jednym z głównych celów organizatorów jest sprawdzenie, jak dużą mobilizację są w stanie osiągnąć. „Prosimy ludzi, by zaczęli wykorzystywać swoją siłę we wszystkich obszarach życia – jako pracownicy, uczniowie czy członkowie lokalnych społeczności” — mówi Leah Greenberg z organizacji Indivisible. Jak podkreśla, takie działania mają budować fundament pod większe formy sprzeciwu w przyszłości.
Widoczną rolę w protestach odgrywają nauczyciele i uczniowie. W Karolinie Północnej co najmniej 15 okręgów szkolnych dało nauczycielom wolne, by mogli wziąć udział w demonstracjach na rzecz finansowania edukacji publicznej. W Chicago związek nauczycieli doprowadził do uznania 1 maja za „dzień aktywności obywatelskiej”. Zajęcia odwołano także m.in. w Madison i Milwaukee.
„Jako nauczyciele czujemy bardzo realną odpowiedzialność za młodych ludzi i ich rodziny. Chcemy zwrócić uwagę nie tylko na rosnące koszty życia, ale też na kryzys instytucji, który wpływa na przyszłość naszych uczniów” — mówiła wcześniej Stacy Davis Gates, szefowa związku nauczycieli w Chicago.
Do protestów dołączają również studenci. Na Uniwersytecie Purdue w Indianie organizowane są lokalne wyjścia z zajęć, które mają pokazać znaczenie pracy i zaangażowania zwykłych ludzi dla funkcjonowania gospodarki. „To nasza praca, nasze wydatki i nasz udział napędzają ten system. Bez nas nie ma zysków” — podkreślają organizatorzy.
W niektórych miejscach protest przybiera bardziej zdecydowaną formę. Pielęgniarki z jednego ze szpitali w Nowym Orleanie zapowiedziały pięciodniowy strajk, domagając się lepszych warunków pracy.
Organizatorzy nie ukrywają, że majowe działania mają być krokiem w stronę szerszego strajku generalnego — czegoś, co w Stanach Zjednoczonych od dekad pozostaje praktycznie nieosiągalne ze względu na ograniczenia prawne.
Dzisiejsze protesty pokazują jedno: niezadowolenie społeczne narasta, a coraz więcej grup próbuje mówić jednym głosem. Czy przełoży się to na realne zmiany — okaże się dopiero w kolejnych miesiącach.