----- Reklama -----

Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa

----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

4 lata temu, podczas ceremonii otwarcia igrzysk w Rio, wielu maszerujących sportowców prezentowało barwy narodowe kraju, z którego w rzeczywistości nie pochodziło. W tym roku w Tokio będzie podobnie. Z różnych powodów część sportowców występować będzie w strojach obcych sobie państw. Dlaczego?

Igrzyska olimpijskie to największe wydarzenie sportowe na świecie, gdzie wielkie znaczenie ma duma narodowa, barwy, godło i grany podczas ceremonii wręczania medali hymn. Jednak wiele osób decyduje się reprezentować kraj, z którym mają niewiele wspólnego – czasami ze względu na pochodzenie przodków lub oferowane pieniądze, zwykle jednak jest to dla nich jedyny sposób na wzięcie udziału w olimpiadzie.

Tyczkarz Giovanni Lanaro, urodzony, wyedukowany i wyszkolony w USA, ale na ostatnią olimpiadę do Rio pojechał w barwach Meksyku. Choć jest Amerykaninem, to jego matka pochodzi zza południowej granicy. Oprócz niego w podobnej sytuacji byli inni sportowcy. Większość z nich wolałoby reprezentować USA, ale nie uzyskali takiej możliwości.

Doskonale wiemy, że niektóre kraje w wielu dyscyplinach dysponują dziesiątkami, jeśli nie setkami doskonałych zawodników na światowym poziomie. Stany Zjednoczone są jednym z nich. O miejsce w reprezentacji walczą najlepsi, z których nie wszyscy się zakwalifikują.

Lanaro skakał w barwach Meksyku, bo dumny jest ze swego pochodzenia. Ale jednocześnie reprezentacja tego kraju skorzystała z jego talentu i umiejętności, bo wśród własnych tyczkarzy niewielu miała równie utalentowanych. Podobnie wygląda sytuacja z innymi. Choćby biegaczami. David Torrence reprezentował Peru, Alexi Pappas Grecję, a Peter Callahan Belgię. Wszyscy oni są Amerykanami, których przodkowie przybyli tu z innego kraju.

Karta Olimpijska na to pozwala

Przynajmniej pod pewnymi warunkami.

Peter Spiro z portalu Slate jest zwolennikiem dawania sportowcom takiej możliwości. Według niego olimpijczyków nie powinna ograniczać flaga kraju bądź miejsce urodzenia. Powinni mieć pełne prawo uczestniczenia w zmaganiach reprezentując ten kraj, który ich przygarnie. Na poparcie swego stanowiska przytoczył on fragment Karty Olimpijskiej, gdzie w jednym z rozdziałów napisane jest: (...) olimpiada to zawody i zmagania sportowców w dyscyplinach indywidualnych lub zespołowych, a nie pomiędzy poszczególnymi krajami".

Na koniec Spiro dodaje: "Nie wymagamy od bejsbolistów i koszykarzy, by pochodzili z miasta, w którego drużynie grają. Dlaczego więc wymagamy tego od olimpijczyków?"

Kiedy prześledzimy minione igrzyska, zarówno letnie jak i zimowe, łatwo zauważymy, że czasami chodziło o zmagania poszczególnych krajów, jak w 1980 r. w Lake Placid podczas meczu hokejowego pomiędzy USA i Związkiem Radzieckim. Często są to jednak indywidualne zwycięstwa, choć w barwach jakiegoś kraju. Tu mamy przykład Michaela Phelpsa, absolutnego rekordzisty medalowego. Jego sukces nie jest jednak powszechnie postrzegany jako zwycięstwo Stanów Zjednoczonych, nawet we własnym kraju, ale raczej jako osiągnięcie wybitnej jednostki i propagowanie dyscyplin pływackich na całym świecie.

Karta Olimpijska wymaga jedynie, by sportowiec był obywatelem kraju, który reprezentuje, natomiast jeśli chce robić to w imieniu innego, to muszą upłynąć trzy lata od ostatniego występu w barwach wcześniejszego.

Kup drużynę, czyli oportunizm nie zna granic

Z drugiej strony takie podejście do sprawy powoduje, że zatraca się gdzieś ducha sportowej rywalizacji. W 2014 r. magazyn Foreign Policy pisał tak:

"(…) Tymczasem Katar mocno inwestuje w sportowców z Kenii i Bułgarii. W 2000 r. rząd tego kraju kupił całą bułgarską drużynę podnoszenia ciężarów, w sumie ośmiu zawodników, w zamian za obywatelstwo i nieco ponad milion dolarów. W 2003 r. Katar zakupił dwóch maratończyków kenijskich, Stephena Cherono i Alberta Chepkuruia, którzy w kolejnej olimpiadzie reprezentowali ten kraj jako Saif Saeed Shaheen i Ahmad Hassan. Oczywiście żaden z nich nie był Muzułmaninem (...)".

W przeszłości bardzo intensywnie rekrutował zagranicznych sportowców Azerbejdżan. Aż połowę olimpijskiej reprezentacji tego kraju w 2012 r. stanowili naturalizowani obywatele.

Plastikowi Brytyjczycy

Zresztą nie tylko kraje bogate w ropę i ubogie w sportowy talent postępują w ten sposób. Na olimpiadzie w Londynie w 2012 r. w reprezentacji gospodarzy aż 60 osób urodzonych było poza Wielką Brytanią. Lokalny Daily Mail, znany też z ataków na Polaków "zabierających pracę wyspiarzom", nadał im przydomek plastikowych Brytyjczyków. Na długo przed, w trakcie i po olimpiadzie w całym kraju toczyła się ożywiona dyskusja na ten temat. Brukowce nazywały ich oszustami. Dziennikarze kazali recytować hymn.

Nie wszyscy jednak się do tego przyłączyli. Poważne dzienniki wytykały Daily Mail hipokryzję przypominając, że Fabio Capello, włoski trener piłkarzy, był w porządku, dopóki wygrywał. Nikt nie czepiał się trenera brytyjskich wioślarzy, Niemca Jürgena Gröblera, czy wielu krykiecistów, którzy urodzili się poza Wyspami. Kibice bronili takich sportowców, jak Mo Farah, mistrz świata na 5 km, który urodził się w Somalii, ale uciekł przed wojną domową i mieszka w Anglii od dziecka.

"Odczepcie się wreszcie od nas. To jest nasz dom. Mieszkam tu od 11 lat, moje dzieci chodzą tu do szkoły, czuję się Brytyjką. Skończmy tę nagonkę" - apelowała trójskoczkini Yamilé Aldama, która na igrzyska w 1996 r. pojechała jako Kubanka, osiem lat później w Atenach wystartowała pod flagą Sudanu, w Londynie reprezentowała Wielką Brytanię.

Jak to się robi w USA

Stany Zjednoczone, mimo że krytykują podobne praktyki, nie są bez winy. Przed igrzyskami w 2008 r. w przyspieszonym tempie załatwiano obywatelstwa dla polskiego kajakarza, chińskiego tenisisty stołowego, triathlonisty z Nowej Zelandii, maratończyka z Kenii, jeźdźca z Australii i wielu innych, którzy kwalifikowali się do otrzymania wizy EB-1, stanowiącej prosty i szybki sposób do naturalizacji. Spora grupa atletów otrzymała też obywatelstwo przed igrzyskami w Londynie oraz tuż przed Rio. Zobaczymy, ilu naturalizowanych olimpijczyków wystąpi ostatecznie w Tokio.

Wspomniana wiza EB-1 przeznaczona jest dla ludzi o "wyjątkowych osiągnięciach i umiejętnościach". Pierwotnie pomyślana jako sposób na ściągnięcie do USA naukowców, artystów, etc. stała się przepustką dla sportowców. Jak donosił kilka lat temu New York Times importowani w ten sposób zawodnicy zdobyli dla USA kilkanaście medali podczas ostatnich olimpiad.

Zdrada?

Gdy urodzona w Południowej Dakocie gwiazda ligi WNBA, Becky Hammon, zdecydowała się grać w koszykówkę dla Rosji na igrzyskach w 2008 r. dziennik The Houston Chronicle pytał, czy jest zdrajczynią?

Trenerka kobiecej drużyny USA powiedziała wówczas, że "jeśli grasz dla tego kraju, wychowujesz się tu, a potem nakładasz rosyjską koszulkę, to według mnie nie jesteś patriotą".

Zastanawiając się nad tym wszystkim należy pamiętać, że w pierwszych nowożytnych igrzyskach w 1896 r. w Atenach jedynie Węgrzy występowali z własną flagą. Większość z pozostałych kilkuset sportowców z 14 krajów zmagających się w 43 dyscyplinach reprezentowała tylko siebie.

na podst. Slate, The Atlantic, Foreign Policy, sport.pl, nytimes.com, Daily Mail, The Telegraph
opr. Rafał Jurak