Kiedy myślimy o największych zagrożeniach dla ludzkiego życia, wyobraźnia podsuwa obrazy wojen, katastrof naturalnych, czy epidemii. Tymczasem jeden z największych współczesnych zabójców każdego dnia spokojnie porusza się ulicami miast i autostradami całego świata i niemal nikt nie traktuje go jak globalnego kryzysu zdrowia publicznego.
Tym zagrożeniem pozostaje samochód i sposób, w jaki zorganizowaliśmy współczesny transport.
Według danych Światowej Organizacji Zdrowia na drogach ginie co roku około 1,19 miliona ludzi. To liczba porównywalna z ofiarami gruźlicy — najgroźniejszej choroby zakaźnej świata. Wypadki drogowe są jednocześnie główną przyczyną śmierci osób w wieku od 5 do 29 lat. Poza ofiarami śmiertelnymi od 20 do 50 milionów ludzi rocznie odnosi obrażenia, często trwałe i zmieniające całe ich życie.
Gdyby podobne liczby powodowała nowa choroba, mówiłby o niej cały świat. Tymczasem śmierć na drogach stała się czymś tak codziennym, że większość ludzi przestała ją postrzegać jako problem lub zagrożenie.
Co szczególnie uderza to fakt, że liczba ofiar pozostaje praktycznie niezmieniona od ponad 20 lat. W tym samym czasie ludzkość o połowę zmniejszyła śmiertelność dzieci poniżej piątego roku życia i o 70 procent ograniczyła liczbę zgonów związanych z AIDS. Drogi wciąż zbierają podobne żniwo.
Większość ludzi zna kogoś, kto zginął w wypadku samochodowym albo stracił w nim bliską osobę. A mimo to śmierć na drodze rzadko wywołuje reakcje porównywalne z epidemiami, katastrofami czy zamachami.
Najwięcej ofiar tam, gdzie samochodów jest najmniej
Ponad 90 procent wszystkich ofiar wypadków drogowych ginie w krajach o niskich i średnich dochodach, choć państwa te posiadają zaledwie około 60 procent światowego parku samochodowego. Innymi słowy: im mniej samochodów, tym więcej ofiar przypada na każdy pojazd.
Mieszkańcy Haiti czy Etiopii giną na drogach ponad trzy razy częściej niż Amerykanie. Kenijczycy, Boliwijczycy i Tajlandczycy — ponad dwukrotnie częściej. W typowym kraju o średnim dochodzie, takim jak Wietnam, wypadki drogowe odpowiadają za ponad 3 procent wszystkich zgonów.
Choć największe ryzyko dotyczy krajów biedniejszych, same Stany Zjednoczone również od lat wypadają słabo na tle innych bogatych państw. Amerykański wskaźnik śmiertelności na drogach jest znacznie wyższy niż w większości Europy Zachodniej, Japonii czy Australii.
Eksperci wskazują, że wpływ ma na to między innymi uzależnienie amerykańskich miast od samochodów, szerokie drogi zachęcające do szybkiej jazdy, wysokie limity prędkości oraz niewielka rola transportu publicznego poza największymi metropoliami.
W praktyce oznacza to, że nawet w bogatym kraju codzienne przemieszczanie się samochodem pozostaje znacznie bardziej niebezpieczne, niż wielu ludziom się wydaje.
Między 2010 a 2021 rokiem kraje wysokodochodowe, szczególnie europejskie, odnotowały wyraźne spadki liczby ofiar. Tymczasem w większości krajów niskodochodowych — przede wszystkim w Afryce Subsaharyjskiej — liczba zgonów wzrosła.
Dlaczego biedniejsi giną częściej?
W krajach rozwijających się większość ludzi nie jeździ samochodem — porusza się pieszo, rowerem, motocyklem lub tuk-tukiem. Wszyscy oni dzielą jezdnię z samochodami i są wyjątkowo narażeni na potrącenie.
Dochodzi do tego stan samych pojazdów. Słabsze normy bezpieczeństwa i import starych samochodów z bogatych krajów sprawiają, że ludzie podróżują autami pozbawionymi poduszek powietrznych czy odpowiednio wzmacnianych nadwozi.
Brakuje też sprawnych systemów ratownictwa medycznego. Ranny po wypadku w Nairobi czy Dżakarcie ma znacznie mniejsze szanse przeżycia niż ranny w Berlinie czy Nowym Jorku.
Na to wszystko nakłada się błyskawiczny przyrost motoryzacji. W Azji Południowo-Wschodniej liczba pojazdów silnikowych podwoiła się od 2010 roku — zanim zdążono zbudować odpowiednią infrastrukturę, wdrożyć skuteczne przepisy i przygotować służby ratunkowe.
Samochody są bezpieczniejsze. Problem wciąż rośnie
Współczesne auta są znacznie bezpieczniejsze niż jeszcze kilkanaście lat temu. Coraz więcej pojazdów wyposażonych jest w systemy automatycznego hamowania, ostrzegania przed kolizją czy rozbudowane systemy poduszek powietrznych.
Problem w tym, że globalna liczba pojazdów rośnie szybciej niż poprawa bezpieczeństwa. Na świecie jest dziś ponad dwa razy więcej pojazdów niż 20 lat temu.
Technologie pomagają ograniczać skutki wypadków, ale same nie rozwiązują problemu. Jeśli miasta i drogi projektowane są przede wszystkim pod szybki ruch samochodów, liczba tragedii pozostaje wysoka niezależnie od tego, jak nowoczesne stają się auta.
Miliony ofiar, do których świat się przyzwyczaił
To, co szczególnie frustruje ekspertów, to fakt, że skuteczne metody ograniczania liczby ofiar są dobrze znane. WHO wskazuje pięć głównych czynników wypadków: nadmierną prędkość, jazdę po alkoholu, brak pasów bezpieczeństwa, brak kasków u motocyklistów i brak fotelików dla dzieci.
Eksperci podkreślają, że biedniejsze kraje nie muszą czekać, aż się wzbogacą, by zacząć ratować życie. Bardzo ważne jest tworzenie skutecznych przepisów i ich egzekwowanie, oraz lepsze projektowanie dróg.
Organizacja Narodów Zjednoczonych wyznaczyła sobie cel: o połowę zmniejszyć liczbę ofiar drogowych do 2030 roku. Świat prawdopodobnie nie osiągnie jednak tego celu.