Nie mamy czasu. Tak przynajmniej sobie powtarzamy. Nie ma czasu na znajomych, książkę, spacer czy nauczenie się czegoś nowego. Zwłaszcza osoby po czterdziestce czy pięćdziesiątce mają poczucie, że życie zamieniło się w niekończący się ciąg obowiązków: praca, zakupy, dom, dzieci, rodzice, rachunki, samochód do warsztatu, trawa do skoszenia i tak dalej. Dzień się kończy, a człowiek ma wrażenie, że znów nic dla siebie nie zrobił.
Tylko że to nieprawda. Liczby pokazują coś zaskakującego. To nie zawsze brak czasu jest największym problemem. Częściej chodzi o to, że czas rozchodzi się małymi porcjami i nawet nie zauważamy, kiedy znika.
Rok ma 8760 godzin. Odejmij sen, powiedzmy 7–8 godzin na dobę, czyli około 2700 godzin rocznie. Odejmij pracę — statystycznie pracujemy dziś mniej niż nasi dziadkowie, średnio jakieś 1800 godzin rocznie. Co zostaje? Ponad 4000 godzin, nad którymi przynajmniej częściowo mamy kontrolę. Czterech tysięcy godzin nie da się „nie mieć”. To prawie pięć miesięcy. Oczywiście życie nie jest matematycznym równaniem. Kto wychowuje dzieci albo opiekuje się starszymi rodzicami, dobrze wie, że „wolny czas” często istnieje tylko na papierze. Ale mimo to wielu ludzi ma go więcej, niż im się wydaje.
„Jesteśmy niesamowicie zajęci” brzmi lepiej niż „Spędziłem wczoraj 2,5 godziny na oglądaniu serialu, a potem 40 minut przeglądając telefon” – wskazuje Laura Vanderkam, ekspertka od zarządzania czasem. Twierdzi, że to głównie kwestia narracji, którą sami sobie fundujemy.
Największym złodziejem czasu nie jest zwykle praca.
To są „krótkie chwile”.
Sprawdź, co naprawdę robisz
Zrób prosty eksperyment: przez tydzień zapisuj, co robisz co pół godziny. Zajęcie nudne, ale działa.
Kiedy prawie 300 osób wzięło udział w takim tygodniowym wyzwaniu, większość odkryła dwie rzeczy: że pracuje mniej godzin, niż myślała, i że ma więcej wolnego czasu, niż chciała przyznać. Tak dla wielu z nich upadła legenda o chronicznym przepracowaniu.
To trochę jak z pieniędzmi. Gdy ktoś codziennie wydaje kilka dolarów tu i tam — kawa, przekąska, drobiazg — na końcu miesiąca jest zaskoczony, ile pieniędzy zniknęło. Z czasem działa podobnie.
Piętnaście minut telefonu po obiedzie. Pół godziny przed telewizorem. Pięć minut sprawdzenia Facebooka lub wiadomości, które zamienia się w 30 minut. Szczególnie ciekawe są godziny wieczorne. Dla wielu ludzi po pracy zaczyna się tryb automatyczny. Wracają do domu, jedzą kolację, robią kilka obowiązków i „na chwilę” włączają telewizor, komputer lub sięgają po telefon. Tymczasem między zakończeniem pracy a snem często zostają cztery albo nawet pięć godzin.
Cztery godziny dziennie brzmią niepozornie.
Ale policzmy.
Cztery godziny przez pięć dni w tygodniu to około tysiąca godzin rocznie.
To mniej więcej tyle czasu, ile potrzeba na przeczytanie kilkudziesięciu książek, nauczenie się podstaw nowego języka, regularną grę w tenisa, zrobienie kursu fotografii, odnowienie starego samochodu albo nauczenie się gry na gitarze.
Problem polega na tym, że większość ludzi nie widzi tych godzin jako całości. Widzą tylko wtorkowy wieczór i myślą: przecież teraz już nie ma sensu zaczynać niczego większego.
Zaplanuj sobie przyjemność
Badania z 2020 roku pokazały, że ludzie, którzy aktywnie potraktowali weekend jak urlop, a nie po prostu dzień bez pracy, byli potem szczęśliwsi. Samo zaplanowanie czegoś sprawia, że to coś nabiera wartości.
Brzmi banalnie, ale ile razy niedziela „zniknęła”, bo nie mieliśmy planu?
Nie chodzi o wypełnianie każdej wolnej chwili atrakcjami. Chodzi o to, żeby wieczorem w piątek nie patrzeć na weekend jak na pusty pojemnik, tylko jak na coś, z czego można coś wyciągnąć.
Odzyskaj wieczory
Jeśli kończysz pracę około 18:00 i kładziesz się spać koło 23:00, masz pięć godzin. Po odjęciu kolacji, może krótkiego spaceru i rozmowy z domownikami zostają jeszcze jakieś dwie, trzy godziny. I właśnie te godziny większość z nas traci przed ekranem, nie całkiem odpoczywając, ale i nie robiąc nic szczególnie satysfakcjonującego.
Zaplanuj na jeden wieczór jedną aktywność, 30–60 minut, wyłącznie dla siebie. Czytanie, gitara, bieganie, długa kąpiel z książką, nowy przepis, stary film, który od lat chcesz obejrzeć. Cokolwiek, byle to był twój wybór.
Uczestnicy tego eksperymentu zauważyli, że wieczory nagle zaczęły istnieć i przestały zlewać się w szare tło dnia.
Myśl w skali roku, działaj w skali 10 minut
Laura Vanderkam przeczytała „Wojnę i pokój”, wszystkie sztuki Szekspira, książki Jane Austen, a w 2024 roku przesłuchała wszystkie 1080 znanych utworów Bacha. Jak? „Wojna i pokój” ma 361 krótkich rozdziałów. Każdy zajmuje jakieś 10 minut. Jeden rozdział dziennie i przed Bożym Narodzeniem gotowe.
Dziesięć minut dziennie wydaje się śmiesznie małą ilością czasu. Ale przez rok daje ponad 60 godzin. Półtora tygodnia. To już wystarcza na zrobienie rzeczy, które początkowo wydają się ogromnym projektem.
Być może dlatego ludzie często przeceniają to, co mogą zrobić w tydzień, a nie doceniają tego, co mogą zrobić przez rok.
Nie chodzi przy tym o obsesję produktywności. Nikt nie sugeruje, by każdą minutę życia zamieniać w projekt czy zadanie do wykonania. Czasem najlepszym wykorzystaniem czasu jest po prostu odpoczynek. Różnica polega na czymś innym: między odpoczynkiem wybranym świadomie a odpoczynkiem, który dzieje się przypadkiem.
Czas już masz. Teraz potrzebujesz tylko decyzji, co z nim zrobić.
Poczucie braku czasu rzadko wynika z tego, że mamy go za mało. Częściej wynika z tego, że przepływa nam przez palce, niezauważony i niezaplanowany.
Wielu z nas nie potrzebuje dodatkowych godzin w ciągu dnia.
Potrzebuje tylko dostrzec te, które już ma.