----- Reklama -----

Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa

----- Reklama -----
Tomasz Leszkowicz

Tomasz Leszkowicz


 

Udostępnij swoim znajomym:

Zablokowanie kont odchodzącego prezydenta USA Donalda Trumpa w mediach społecznościowych wywołało dużą dyskusję o cenzurze i wpływie cyfrowych gigantów na dyskurs publiczny. Zjawisko cenzurowania treści było obecne w historii od zawsze, co ciekawe – w różnych kontekstach.

Pierwszą instytucją blokującą wyrażanie określonych treści był Kościół katolicki. Wiadomo, że jeszcze w pierwszym tysiącleciu biskupi dążyli do ograniczenia powielania nauk heretyków – standardem ówczesnych czasów były żądania oddawania rękopisów z „niewłaściwymi” pismami i ich publiczne palenie. Realia średniowieczne ułatwiały tego typu cenzurowanie treści, gdyż można je było rozpowszechniać tylko w postaci trudnych do kopiowania rękopisów, co oznaczało niewielką liczbę egzemplarzy tekstów w obiegu. W XIII i XIV wieku na Zachodzie Europy, m.in. w Prowansji (południowej Francji), pojawiły się ruchy, które postulowały m.in. tłumaczenie Pisma Świętego na języki narodowe, co pozwalałoby lepiej rozpowszechniać jego nauczanie (bez oficjalnych pośredników, reprezentujących Kościół instytucjonalny). Jak łatwo się domyślić, biskupi i papiestwo wydali walkę tego typu praktykom – gdy heretycy płynęli na inkwizycyjnym stosie, ich pisma i tłumaczenia Biblii również były niszczone.

Problem pojawił się, gdy w 1452 roku w Moguncji w zachodnich Niemczech Johannes Gutenberg wynalazł ruchomą czcionkę drukarską, która pozwoliła masowo powielać książki. Co prawda jednym z pierwszych wydawnictw opracowanych w nowej technice była łacińska Biblia, jednak popularność druku przyniosła potencjalnym heretykom nowe możliwości działania. Zwłaszcza, że w 1517 roku w chrześcijaństwie zaczęła się reformacja, zainicjowana przez Marcina Lutra, który od krytyki praktyk Kościoła doszedł do własnych nauk teologicznych i powstania nowych wyznań protestanckich. Jedną z podstawowych zasad protestantyzmu było samodzielne czytanie Pisma Świętego i czerpanie z niego nauk religijnych i moralnych. Ewangelicy, kalwiniści, anglikanie, purytanie, anabaptyści czy arianie tłumaczyli Biblię na własne języki narodowe po to, by przybliżyć ją wiernym. Druk pomagał tym działaniom, zwłaszcza, że dzięki zastosowaniu ruchomej czcionki rozprzestrzeniać mogły się też inne pisma teologiczne.

Odpowiedzią Kościoła katolickiego było stworzenie Indeksu ksiąg zakazanych (Index librorum prohibitorum) – spisu dzieł, których nie można było czytać, posiadać i rozprzestrzeniać bez zgody władz kościelnych. Umieszczano tam publikacje niezgodne z doktryną katolicką, nie tylko o charakterze religijnym, ale także naukowym czy artystycznym. „Na indeksie” znaleźli się m.in. astronomowie (Kopernik, Galileusz, Kepler), filozofowie (Kartezjusz, Wolter, Rousseau), pisarze polityczni (Machiavelli, Monteskiusz, Franklin) czy liczni literaci. Trudno powiedzieć, na ile zakaz ten był realnie realizowany, środkami administracyjnymi próbowano jednak walczyć z przeciwnymi poglądami, i to przez kilka wieków – ostatnie wydanie Indeksu wydano w 1948 roku.

Zjawiskiem występującym na dużą skalę od XIX wieku, tzn. od czasu masowego rozwoju prasy, była także cenzura polityczna – rządzący mogli próbować zagłuszać wszelkie głosy krytykujące ich panowanie, rozpowszechniające „nieprawomyślne” idee czy żądające wolności dla podległego narodu. Przez długi czas najbardziej popularna była tzw. cenzura represyjna. Dotyczyła ona treści, które już zapisano, a więc np. artykułów w wydanych gazetach czy wydrukowanych egzemplarzy książki. Gdy okazało się, że rządzącym dana treść nie podoba się, dochodziło do rekwizycji egzemplarzy i ich niszczenia oraz karania autorów. Charakterystycznym elementem prasy przed II wojną światową były tzw. „białe plamy” – po artykułach zakwestionowanych przez cenzurę pozostawały puste miejsca, które pokazywały, że znajdowały się tam „wywrotowe” treści”.

Samo takie pokazywanie było znaczące, systemy totalitarne (nazizm i komunizm) wprowadziły więc na szeroką skalę cenzurę prewencyjną, a więc kontrolę treści przed utrwaleniem jej przy pomocy druku (do tej pory działała ona głównie w czasie wojny). Urzędy cenzorskie (np. Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk w PRL) musiały zezwalać na każde wydanie gazety, książki czy filmu. Cenzor miał w tym wypadku decydujące słowo, trudne było też odwołać się od jego wyroku. Co więcej, nie można było zaznaczać ingerencji cenzorskich, a więc pokazywać, że coś usunięto. Dodatkowo działanie tego typu instytucji wywoływało cenzurę na niższych szczeblach. Cenzorem okazywał się redaktor naczelny, a nawet sam autor – wszystko po to, by nie mieć kłopotów.

Demokracje też jednak znają mechanizmy cenzury – w latach 30. w USA stworzono tzw. Kodeks Haysa, który nakładał na Hollywood poważne ograniczenia. Na ekranach nie mogły pojawiać się m.in. seks pozamałżeński, szeroko rozumiana nagość, związki mieszane rasowo, zachowania homoseksualne, namiętne pocałunki, „instrukcje dokonywania przestępstw”, krytyka religii, przekleństwa czy brutalna przemoc. Wszystko dla zachowania moralności i podtrzymywania konserwatywnego modelu społecznego. Kodeks Haysa obowiązywał do lat 60. i ówczesnych zmian obyczajowych, na czele z rewolucją seksualną.

Cenzura bywa bardzo wielowymiarowa – jest formą tłamszenia niezależnej myśli, ale także ochrony przed treściami szkodliwymi dla społeczeństwa. W dyskusjach publicznych brak reguł jest tak samo zły jak sztywne reguły. Problem w tym, kto to ocenia i jakie są możliwości odwołania się od jego decyzji.

Tomasz Leszkowicz