Trzydzieści lat temu, w połowie lat 90., wiele amerykańskich rodzin mogło stosunkowo łatwo opłacać podstawowe potrzeby, takie jak dom lub mieszkanie, rachunki, ubezpieczenie zdrowotne czy opieka nad dziećmi. Dzisiaj zarabiamy więcej i mamy dostęp do rzeczy, o których wtedy można było tylko marzyć, a mimo to wiele rodzin ma wrażenie, że pieniądze wystarczają na coraz mniej. Co się zmieniło?
Nie warto idealizować przeszłości. Także wtedy miliony mieszkańców USA zmagały się z biedą, zadłużeniem i niepewnością zatrudnienia, a szczególnie trudna była sytuacja osób samotnie wychowujących dzieci. Nie jest też tak, że dziś jesteśmy biedniejsi. Według Census Bureau mediana dochodu gospodarstwa domowego wyniosła w 2025 roku 87 460 dolarów, czyli najwięcej od początku pomiarów w 1967 roku. Trzeba jednak pamiętać, że jest to dochód całego gospodarstwa domowego, a nie pojedynczego pracownika. Nie mówi więc, ile zarabia jedna osoba ani jaka część tych pieniędzy pozostaje po opłaceniu podstawowych potrzeb. Statystycznie jesteśmy więc zamożniejsi, ale to nie przekłada się automatycznie na poczucie swobody.
Dom coraz dalej poza zasięgiem
Najważniejsza zmiana dotyczy zamieszkania. Przez dekady zakup domu był podstawowym sposobem budowania majątku przez klasę średnią. Według Harvard Joint Center for Housing Studies w latach 90. mediana ceny domu odpowiadała średnio 3,2-krotności rocznego dochodu gospodarstwa. W 2024 roku było to już pięć, a w 2025 około 4,7, czyli znacznie więcej niż trzy dekady temu.
Ceny nieruchomości rosły więc szybciej niż zarobki. Do tego dochodzą podatki od nieruchomości, ubezpieczenia i koszty utrzymania budynku. W latach 90. oprocentowanie kredytów hipotecznych było zazwyczaj wyższe niż obecnie, ale niższa cena domu oznaczała mniejszy kredyt. Dziś kłopotem jest nie tylko rata, lecz także wkład własny i wysokość zadłużenia zaciąganego na starcie. W niektórych regionach nawet rodziny z przyzwoitymi dochodami nie stać na dom w okolicy, w której pracują.
Koszty, które pochłaniają coraz większą część budżetu
Drugi ciężar to ochrona zdrowia. Według KFF przeciętny roczny koszt rodzinnego ubezpieczenia oferowanego przez pracodawcę wyniósł w 2025 roku niemal 27 tysięcy dolarów, o 6% więcej niż rok wcześniej. Z tej kwoty pracownik pokrywał średnio około 6850 dolarów rocznie, a pozostałą część opłacał pracodawca. Nawet jeśli pracownik nie widzi całej kwoty na swoim rachunku, jest ona częścią kosztów jego zatrudnienia. Wielu ekonomistów uważa, że rosnące wydatki na ubezpieczenia mogą ograniczać pole do podwyżek. Do tego dochodzą udziały własne w kosztach leczenia i leki.
Podobnie jest z dziećmi. Opieka nad nimi, czyli żłobek, przedszkole czy zajęcia po lekcjach, bywa dla rodzin pracujących jedną z największych pozycji w budżecie, choć koszty różnią się mocno między stanami. Rodzice zaczynają też myśleć o kosztach studiów już wtedy, gdy dzieci są małe. To wydatki, które trudno odłożyć albo pominąć.
Rzeczy są tańsze, ale pojawiły się nowe rachunki
Nie można pominąć drugiej strony. Telewizory, komputery i sprzęt gospodarstwa domowego stały się relatywnie tańsze i znacznie bardziej dostępne. W latach 90. dobry komputer był poważnym wydatkiem, dziś urządzenie o nieporównywalnie większych możliwościach mieści się w kieszeni. Samochody są bezpieczniejsze, a dostęp do informacji i usług praktycznie nieograniczony.
Jednocześnie pojawiły się koszty, których wcześniej nie było: telefon komórkowy dla każdego członka rodziny, Internet, abonamenty cyfrowe, płatne aplikacje. Pojedyncze opłaty nie są wysokie, ale razem tworzą kolejną stałą pozycję w budżecie. Część wydatków wynika z naszych rosnących oczekiwań, jednak trudno dziś normalnie pracować, uczyć się i komunikować bez Internetu i telefonu. To, co kiedyś było luksusem, stało się narzędziem codziennego życia.
Większa odpowiedzialność za własną przyszłość
Zmienił się też sposób myślenia o bezpieczeństwie finansowym. Dawniej dom, samochód i stała praca często wystarczały, by uważać się za przedstawiciela klasy średniej. Dziś dochodzi do tego fundusz awaryjny, oszczędności na studia dzieci i odkładanie na emeryturę. Wielu pracodawców zastąpiło dawne zdefiniowane z góry świadczenia emerytalne planami typu 401(k), w których to pracownik ponosi ryzyko inwestycyjne.
Znaczenie ma także różnica pokoleń. Osoby, które kupiły dom dwadzieścia lub trzydzieści lat temu, często korzystają dziś ze wzrostu jego wartości. Ich dzieci, mimo wyższych zarobków, wchodzą na rynek przy znacznie wyższych cenach. Podobny poziom dochodów nie oznacza więc podobnych możliwości.
Czy rzeczywiście było łatwiej?
Nie ma jednej odpowiedzi. Pod wieloma względami żyjemy dziś wygodniej niż trzydzieści lat temu, korzystając z technologii i możliwości, które wcześniej były niedostępne. Jednocześnie zakup domu, opieka zdrowotna i wychowanie dzieci stanowią dla wielu rodzin coraz większe wyzwanie finansowe. Łatwiej kupić dobry telewizor czy komputer, ale znacznie trudniej pozwolić sobie na niektóre podstawowe elementy stabilnego życia.
Być może właśnie dlatego rosnące dochody nie zawsze przekładają się na większe poczucie dobrobytu. Nie decyduje o nim przecież liczba posiadanych urządzeń, samochodów czy abonamentów, lecz również to, ile pieniędzy pozostaje po opłaceniu koniecznych wydatków. A przede wszystkim świadomość, że można spokojnie patrzeć w przyszłość.