----- Reklama -----

Ogłoszenia, felietony, informacje Polonijne - Tygodnik Monitor

16 października 2026

Udostępnij znajomym:

Katie Zacharia miała odpowiadać za przekaz administracji Donalda Trumpa, ale już w pierwszym tygodniu musiała tłumaczyć przede wszystkim własny życiorys. Po nieudanym debiucie przed dziennikarzami i pytaniach o kwalifikacje zawodowe odchodzi ze stanowiska rzeczniczki Białego Domu. Prezydent publicznie przyznał, że zasugerował jej ponowne przemyślenie decyzji o przyjęciu pracy.

Jeszcze 9 października Trump ogłaszał jej nominację. Zacharia rozpoczęła pracę w poniedziałek 12 października, a we wtorek po raz pierwszy stanęła za mównicą w sali prasowej Białego Domu. W piątek urzędnicy administracji potwierdzali już jej odejście. W rozmowie z agencją Reuters jeden z nich powiedział wprost, że została zwolniona. Inne media, w tym The Hill, otrzymały łagodniej sformułowaną informację, że „kończy pełnienie funkcji”.

Zacharia zastąpiła Karoline Leavitt. Wcześniej była konserwatywną komentatorką telewizyjną, występowała w Fox News i Newsmax, pracowała także przy komunikacji Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego. Przed nominacją doradzała w sprawach komunikacji spółce Trump Media and Technology Group, do której należy platforma Truth Social. Miała więc doświadczenie medialne, ale jej pierwszy briefing pokazał trudności z odnalezieniem się w nowej roli.

Czternaście minut, które wywołały więcej pytań

Wtorkowe spotkanie z prasą trwało około 14 minut. Zacharia odpowiedziała na zaledwie trzy pytania, głównie od przedstawicieli mediów przychylnych administracji. Sprawiała wrażenie zdenerwowanej i niepewnej.

Jednak największe zainteresowanie wzbudziła późniejsza rozmowa z dziennikarzami na trawniku przed Białym Domem. W obecności Trumpa Zacharia została zapytana, w którym stanie zdawała egzamin uprawniający do wykonywania zawodu prawnika (bar exam). Odpowiedziała: „Kiedy przeprowadziłam się do Chin”. Później tłumaczyła, że źle usłyszała pytanie i sądziła, iż chodzi o to, co robiła po ukończeniu studiów.

Sprawa szybko przestała być jedynie niezręczną wymianą zdań. Zacharia przedstawiała się w telewizji jako prawniczka, a Trump, ogłaszając nominację, użył wobec niej określenia „attorney”, kojarzonego z uprawnieniami do wykonywania zawodu.

„The Wall Street Journal” ustalił, że po ukończeniu prawa na Pepperdine University w 2011 roku przystąpiła do kalifornijskiego egzaminu adwokackiego, lecz go nie zdała. Zacharia następnie potwierdziła, że nie podchodziła do niego ponownie. Wyjaśniała, że planowała wyjazd do Chin, gdzie później pracowała w kancelarii Zhong Lun, dlatego wynik egzaminu nie miał dla jej ówczesnych planów większego znaczenia.

Pytania także w przychylnych mediach

Zacharia broniła się, wskazując na ukończone studia i doświadczenie zawodowe. Utrzymywała, że konsultowała możliwość używania określenia „lawyer” i przedstawiała analizy prawne, a nie porady dla klientów. Organizacja Campaign for Accountability skierowała jednak do kalifornijskiej izby adwokackiej skargę z wnioskiem o zbadanie sposobu, w jaki opisywała swoje kwalifikacje. Samo złożenie skargi nie oznacza rozstrzygnięcia, że naruszyła przepisy.

Niewygodne pytania padały również w Fox News. Sean Hannity dopytywał ją o niezdany egzamin, a prowadzący piątkowego „Fox & Friends” pytali o zaufanie prezydenta. Zacharia powiedziała też, że przed zatrudnieniem nikt w administracji nie zapytał jej o wynik egzaminu. Podkreślała, że została zatrudniona jako rzeczniczka, a nie doradczyni prawna Białego Domu. Dyplom prawniczy ani uprawnienia adwokackie nie są warunkiem pełnienia tej funkcji. Problem dotyczył jednak wiarygodności osoby, której podstawowym zadaniem jest przekazywanie informacji w imieniu prezydenta. Zamiast prezentować stanowisko administracji, nowa rzeczniczka przez większość pierwszego tygodnia odpowiadała na pytania o siebie.

Niecałe pół „scaramucciego”

Odejście Zacharii natychmiast wywołało porównania z Anthonym Scaramuccim, finansistą i ówczesnym zwolennikiem Trumpa, który w lipcu 2017 roku został dyrektorem komunikacji Białego Domu. Jego przygoda na tym stanowisku trwała zaledwie 11 dni. Zakończyła się po wulgarnej rozmowie z dziennikarzem „The New Yorkera”, podczas której zaatakował innych najbliższych współpracowników prezydenta. Usunął go nowy szef personelu Białego Domu John Kelly, rozpoczynający właśnie porządkowanie pracy administracji.

Tak krótka kadencja przeszła do politycznego folkloru. W mediach i Internecie powstała żartobliwa jednostka czasu: jeden „scaramucci” co oznacza 11 dni. Zaczęto nią mierzyć trwałość kolejnych nominacji i politycznych karier. Według tego przelicznika Zacharia utrzymała stanowisko przez niecałe pół „scaramucciego”.

Sam Scaramucci jeszcze po zwolnieniu publicznie bronił Trumpa. Dopiero później zerwał z nim politycznie i stał się jego zdecydowanym krytykiem. Dziś komentuje amerykańską politykę, a własną krótką karierę w administracji traktuje także z dystansem. Na wiadomość o odejściu Zacharii napisał w serwisie X: „Rekordy są po to, żeby je bić. Ale nie czerpię przyjemności z cudzego cierpienia”.

Źródła: The Hill, Reuters, Business Insider, „The Wall Street Journal”, Forbes, People.

----- Reklama -----

POLONER 950 X 300

----- Reklama -----

POLONER 950 X 300

----- Reklama -----

SOBCZAK MEDICARE 2026 300 X 600 wersja 1

----- Reklama -----

Zobacz nowy numer Gazety Monitor
Zobacz nowy numer Gazety Monitor