Operacje federalnych służb imigracyjnych w amerykańskich miastach miały być elementem zaostrzonej polityki wobec nielegalnej imigracji. Jak jednak wynika z analizy NPR oraz rozmów z lokalnymi władzami i policją, ich skutki okazały się znacznie szersze – od gwałtownego wzrostu kosztów dla samorządów, przez dezorganizację pracy policji, aż po straty dla lokalnych biznesów.
W wielu miastach działania Immigration and Customs Enforcement (ICE) trwały tygodniami i wymagały zaangażowania lokalnych służb, mimo że te formalnie nie współpracują przy egzekwowaniu prawa imigracyjnego. W praktyce oznaczało to konieczność zabezpieczania protestów, zwiększone patrole oraz reagowanie na napięcia społeczne wywołane nalotami.
Miliony dolarów na nadgodziny
Najbardziej widocznym efektem był skok kosztów pracy policji. W miastach, które już borykają się z niedoborami kadrowymi, takich jak Los Angeles czy Minneapolis, te dodatkowe godziny szybko się sumowały. W Los Angeles wydatki na nadgodziny w czerwcu 2025 roku sięgnęły około 41 milionów dolarów – znacznie powyżej typowego poziomu 18–30 milionów miesięcznie. Tylko między 8 a 16 czerwca miasto wydało około 17 milionów dolarów na reakcję na protesty, z czego blisko 12 milionów stanowiły nadgodziny.
W Minneapolis sytuacja była jeszcze bardziej dramatyczna. W ciągu zaledwie miesiąca – od 7 stycznia do 8 lutego – policja wydała ponad 6 milionów dolarów na dodatkowe wynagrodzenia, czyli ponad dwukrotnie więcej niż roczny budżet na nadgodziny.
To jednak nie koniec kosztów. Władze miast podkreślają, że pełna skala wydatków wciąż nie jest znana, a do rachunku mogą dojść jeszcze odszkodowania i koszty procesów sądowych.
Policja na granicy wydolności
Długotrwałe operacje odbiły się także na funkcjonowaniu służb. W Portland policjanci byli niemal codziennie delegowani do zabezpieczania federalnego ośrodka ICE przez kilka miesięcy. W efekcie liczba godzin nadliczbowych związanych z „obsługą wydarzeń” wzrosła do ponad 38 tysięcy w 2025 roku – niemal dwukrotnie więcej niż rok wcześniej.
Braki kadrowe tylko pogłębiały problem. Jak przyznawał szef policji w Portland, przeciętny czas reakcji na pilne zgłoszenia wydłużył się do 17–18 minut, podczas gdy powinien wynosić 6–8 minut.
Podobne obciążenie odczuła policja w Minneapolis. Funkcjonariusze byli zmuszeni jednocześnie reagować na przestępstwa, zabezpieczać protesty i monitorować działania federalnych agentów. W pewnym momencie odwołano im wszystkie dni wolne.
Szef lokalnej policji przyznał, że wśród funkcjonariuszy zaczęły pojawiać się objawy stresu pourazowego (PTSD), przypominające sytuację po protestach z 2020 roku.
Chaos i strach w miastach
Według władz Minneapolis skutki operacji wykraczały daleko poza same koszty policji. W ciągu jednego miesiąca straty gospodarcze oszacowano na ponad 203 miliony dolarów. Raport wskazuje na zamykanie firm, utratę miejsc pracy i spadek aktywności mieszkańców.
„Ludzie bali się wychodzić z domu, iść do sklepu. Obawiali się, że ich rodziny zostaną rozdzielone” – mówił burmistrz miasta.
Podobne napięcia odnotowano w innych miejscowościach. W pobliskim Bloomington protesty przenosiły się pod hotele, gdzie – jak sądzono – przebywali agenci federalni. Dochodziło też do zgłoszeń dotyczących profilowania rasowego.
Skutki operacji odczuły także sąsiednie miasta. St. Paul wysłało swoich funkcjonariuszy, by wesprzeć Minneapolis, co tylko jednego dnia kosztowało 46 tysięcy dolarów. W ciągu miesiąca policja tego miasta przepracowała niemal 4,7 tysiąca godzin nadliczbowych, generując koszty przekraczające 370 tysięcy dolarów.
Lokalni urzędnicy podkreślają, że znaleźli się w sytuacji bez wyjścia – musieli utrzymać porządek publiczny, jednocześnie nie ingerując w działania federalne.
Spór polityczny i brak odpowiedzi
Administracja federalna odpiera zarzuty, wskazując na koszty związane z nielegalną imigracją, które – według jej danych – sięgają setek miliardów dolarów.
Departament Bezpieczeństwa Wewnętrznego nie odpowiedział na szczegółowe pytania dotyczące wpływu operacji na miasta.
Lokalni szefowie policji podkreślają, że problemem nie jest samo egzekwowanie prawa imigracyjnego, lecz sposób prowadzenia działań – określany jako chaotyczny i obciążający dla społeczności.
Miasta liczą straty, a problem pozostaje
Choć intensywność operacji w niektórych miejscach już spadła, samorządy obawiają się dalszych kosztów. W wielu przypadkach sięgnięto po rezerwy budżetowe, a część władz otwarcie mówi o konieczności reformy systemu imigracyjnego na poziomie federalnym.
Jak zauważają lokalni urzędnicy, nawet jeśli fala nalotów minęła, przepisy, które ją umożliwiły, nadal obowiązują – co oznacza, że podobne sytuacje mogą się powtórzyć.
na podst. NPR