----- Reklama -----

Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa

----- Reklama -----

Udostępnij znajomym:

"To autokracja, a nie demokracja jest normą w historii ludzkości” - Robert Kagan.

W interesie wielkich korporacji jest zainteresowanie sytuacją geopolityczną. W czasach globalizacji to nieodzowny element prowadzenia biznesu na skalę międzynarodową. Jednak ich obawy dotyczące postępującej destabilizacji światowego porządku są coraz większe.

Widzimy coraz bardziej powszechny trend, jakim jest zatrudnianie przez prywatne firmy politologów i specjalistów od spraw międzynarodowych i rozpoczynanie zebrań zarządu od omówienia sytuacji na świecie, czy sięganie po porady byłych dyplomatów, szpiegów oraz wojskowych. W ostatnich latach zdarza się to coraz częściej: potężna spółka kapitałowa KKR&Co zatrudniła emerytowanego generała i byłego dyrektora CIA, Davida Petraeusa na stanowisku szefa departamentu opracowującego sprawozdania na temat rynków znajdujących się w centrum zainteresowania spółki, mając tym samym wpływ na jej inwestycje. Były szef brytyjskiego wywiadu MI6, John Sawers, mianowany został szefem firmy Macro Advisory Partners, która doradza wielkim korporacjom i rządom w sprawach geopolityki.

Ustalony po II wojnie światowej system geopolityczny załamuje się

To, co nastąpi, będzie bardzo nietrwałe, zwłaszcza dla wielkich korporacji, które przecież nierozerwalnie związane są z polityką. Przedstawiciele wielu z nich zadają sobie więc pytanie: Co dalej?

Kiedy rozpadł się blok sowiecki, a tym samym zanikły jego wpływy w różnych częściach świata, zachód wkroczył w okres prosperity. Wpływ na to miały dwa czynniki.

Pierwszym było poszerzenie rynków pozwalające zachodniemu kapitałowi na ekspansję na niedostępne dotychczas tereny, co wkrótce potem określono mianem globalizacji.

Drugim marsz kilkudziesięciu krajów w stronę demokracji i wolnego rynku, co z kolei miało zapewnić ludziom dostatek i pokój.

To był złoty okres dla biznesu

Niektórzy określili ten okres złotym wiekiem wolnego rynku i wolnych ludzi. W związku z tym w 1999 r. Thomas Friedman, polityczny felietonista The New York Times, przedstawił teorię „złotych łuków” mówiącą, iż nigdy jeszcze dwa kraje posiadające na swym terenie złote łuki restauracji McDonalda nie toczyły ze sobą wojny. Obecność tej sieci świadczyć miała o podobnym systemie ekonomiczno-politycznym i wspólnych celach, czy też dążeniach państw je posiadających.

Potwierdzając panujące w tamtym okresie opinie, w roku 2000 Condolezza Rice stwierdziła, iż „świat posuwa się w stronę gospodarczej otwartości i w różnym tempie w kierunku demokracji i ludzkiej wolności”. Dodała, że „niektóre kraje wciąż mają nadzieję na rozdzielenie demokracji i postępu gospodarczego”, jednak „USA i jego sojusznicy stoją po właściwej stronie historii”.

Dla biznesu był to wspaniały okres. Oznaczał nowe możliwości przy niewielkim ryzyku. Spodziewane zyski z globalizacji najlepiej określił w 2001 roku Jim O’Neill, wtedy główny ekonomista banku Goldman Sachs, tworząc wiele znaczący skrót BRIC. Słowo to tworzyły pierwsze litery państw wchodzących na drogę wolnego rynku i mających odegrać znaczącą rolę w transformacji światowego biznesu – Brazylii, Rosji, Indii i Chin.

Rzeczywiście, od tamtego czasu powiększyły się fortuny wielu ludzi i należących do nich korporacji, a świat stał się bardziej zintegrowany ekonomicznie. Nowe rynki pozwoliły zachodnim firmom na niespotykane dotąd oszczędności w produkcji przy jednoczesnym rozszerzeniu stref sprzedaży swych produktów i usług.

Pierwsze zmiany

Nie trwało to jednak długo. Ataki terrorystyczne z 2001 roku, późniejsze krwawe zamieszanie na Bliskim Wschodzie, kryzys ekonomiczny w 2007 r., zajęcie przez Rosję Krymu i jej groźby wobec Ukrainy skutkujące coraz większą izolacją i sankcjami, zmusiły korporacje do zrewidowania swej polityki, bo nagle zamknęła się dla nich ósma co do wielkości gospodarka świata. W tym samym czasie Chiny zaczęły być coraz bardziej samodzielne i ograniczać wpływy prywatnego biznesu. Wyrażane na przełomie wieku optymistyczne wizje świata stały się nieaktualne i zastąpione zostały innymi wypowiedziami polityków.

Republikanin Robert Kagan zasugerował wtedy w jednym ze swych esejów, że następuje zmierzch demokracji – „Kto wie, czy putinizm w Rosji lub specyficzna odmiana autorytaryzmu w Chinach, nie przetrwa tak długo jak demokracja w Europie, która ma tam w wielu krajach mniej niż 100 lat? Autokracja w Rosji i Chinach trwa już znacznie dłużej, niż demokracja na zachodzie. To właśnie autokracja, a nie demokracja jest normą w historii ludzkości”.

Przedstawicieli tzw. średniej klasy, czyli najważniejszego według specjalistów elementu zdrowej ekonomii, będzie na naszym globie w okresie najbliższych 10 lat niemal dwa razy więcej. Jednak przybędzie ich przede wszystkim w rozwijających się gospodarczo krajach Azji, głównie w Chinach i Indiach. Na zachodzie trwa stagnacja i zanik przedstawicieli tej grupy, co zmienia równowagę sił. Globalizacja, gospodarcza otwartość i wzmocnienie słabszych dotychczas krajów sprawiło, że wielu graczy ma teraz do dyspozycji całkiem nową broń ekonomiczną. Jej wykorzystanie poważnie osłabia prywatny sektor, a tym samym powiązane z nim rządy państw.

Wielkim korporacjom wydawało się do niedawna, że są ambasadorami państw zachodnich i oprócz prowadzenia własnych interesów przecierają drogę innym. Wydawało im się, że geopolityka nie ma wiele wspólnego z biznesem, bo jak to kiedyś ktoś powiedział, istotą biznesu jest biznes. Okazało się inaczej.

Rosną obawy wielu szefów potężnych firm

W miarę jak narasta napięcie pomiędzy rządami największych potęg świata, globalne biznesy jeszcze niedawno kontrolujące sytuację czują się jak małe pionki w grze, pozbawione jakiegokolwiek wpływu na bieg wydarzeń. Szefom firm przypomniano właśnie, że ich dotychczasowe globalne osiągnięcia są wynikiem działań politycznych, że funkcjonują dzięki układowi stworzonemu dla siebie przez zachód po wojnie i późniejszemu przyłączeniu się krajów BRIC. Odwrót Rosji z tej drogi i przebudowa Bliskiego Wschodu zmusiła biznesy, by spojrzeć na Chiny, które z kolei coraz bardziej regulują działalność biznesu przy jednoczesnym, coraz częstszym ignorowaniu zachodu.

Geopolityczna destrukcja kreatywna

Niektórzy politolodzy nazywają okres, w którym jesteśmy „geopolityczną destrukcją kreatywną”. Oznacza to, że puszcza klej trzymający do tej pory wypracowany po wojnie i wzmocniony po rozpadzie bloku sowieckiego świat, a w jego miejsce powstaje nowy.

Dla naukowców to na pewno powód do niecierpliwego przebierania nogami w nadziei na możliwość zbadania fenomenu.

Dla mieszkańców zachodu to okres wielu zmian.

Nikt nie jest w stanie przewidzieć, jak wyglądał będzie nowy układ geopolityczny. Zachodzące właśnie zmiany można porównać do tego, jak zmienił się świat właśnie w wyniku drugiej wojny.

Lata po globalnym kryzysie finansowym ekonomie krajów zachodu wciąż nie mogły wyjść na prostą i nie były jeszcze w stanie zagwarantować miejsc pracy przedstawicielom swej klasy średniej, gdy uderzył Covid i zniszczył rynek na nowo. Wynikiem tego jest wzmacnianie radykalnych grup po obydwu stronach sceny politycznej Europy, natomiast w USA z kolei mamy największą polaryzację społeczeństwa w historii i praktycznie paraliż działań państwa.

Znów pojawiają się pytania nieznane jeszcze 25 lat temu. Jak powinien działać system kapitalistyczny? Czy on w ogóle działa? Co z demokracją? Czy to najlepszy system? Te pytania pojawiły się najpierw podczas akcji społecznej Occupy Wall Street. Teraz zaczynają je zadawać elity biznesowe, które zastanawiają się nad nierównościami ekonomicznymi i sposobami zmniejszenia przepaści pomiędzy poszczególnymi grupami społecznymi. Coś takiego nigdy nie miało miejsca.

Wielkie zaangażowanie biznesu w politykę światową sprawiło, że spadło zaufanie społeczne wobec korporacji. Okazało się również, że biznes zbytnio uzależnił się od polityki, natomiast polityka może porzucić biznes w każdej chwili. Dlatego wielkie korporacje powoli wycofują się z polityki, co nie oznacza, że nie trzymają ręki na pulsie. Zmienia się jednak ich funkcja i misja.

Margaret Thatcher powiedziała kiedyś, że nie ma czegoś takiego jak społeczeństwo. Według niej każda jednostka powinna dbać o siebie. Być może stwierdzenie to było prawdziwe dla okresu przed upadkiem muru berlińskiego. Dziś straciło ono sporo na znaczeniu.

na podst. The Atlantic, wikipedia.com
rj