----- Reklama -----

Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa

----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Oficjalnie tylko jeden człowiek na świecie otrzymuje wynagrodzenie za swą pracę liczone w miliardach dolarów. To Elon Musk, któremu rada nadzorcza spółki Tesla przyznała w ubiegłym roku pensję w wysokości $6,658,803,818, to ponad 6 miliardów. Suma ta jest przedmiotem zazdrości innych dyrektorów generalnych, którzy zarabiają przy nim "nędzne" setki milionów.

By wszystko było jasne, chodzi wyłącznie o tzw. CEO, czyli dyrektorów generalnych zarządzających wielkimi spółkami. Najczęściej to ludzie zatrudnieni na tym stanowisku, choć często zdarza się, iż z nadania rady sam założyciel i właściciel pełni tę funkcję - choćby Elon Musk… Inni szefowie firm nie zazdroszczą mu rakiet, występu w programie Saturday Night, czy milionów fanów na całym świecie, ale właśnie zarabianych w ramach pensji pieniędzy.  

Choć otrzymują mniej od niego, to dla zwykłego człowieka są to wciąż sumy niewyobrażalne. Roczny "dodatek" do wynagrodzenia szefa w wysokości ponad 100 milionów zaczyna być standardem w wielkich, notowanych na giełdzie spółkach.

Ile warta jest praca jednej osoby

Mimo powszechnej krytyki i podzielonych opinii wśród inwestorów, ogromne wynagrodzenia stają się regułą w czasie, gdy rozpiętość pomiędzy najwięcej i najmniej zarabiającymi jest najwyższa od stuleci.

Trend ten utrzymuje się pomimo coraz gorętszej debaty na temat pogłębiających się dysproporcji między bogatymi, a wszystkimi innymi mieszkańcami kraju, kontynentu i planety. Nawet niektórzy dyrektorzy generalni opowiadają się za ekonomią działająca na korzyść wszystkich.

Niektórzy krytycy takiego wzrostu płac dochodzą do prostego wniosku: osoby zaangażowane w podejmowanie decyzji – prezesi, dyrektorzy, inwestorzy instytucjonalni i doradcy – postrzegają astronomiczne wynagrodzenia jako uosobienie amerykańskiej merytokracji, a nie element kapitalizm, który zboczył z kursu.

65

W większości przypadków płaca jest sumą podstawowego wynagrodzenia, akcji, opcji i bonusów. Dodatki stanowią więcej niż samo wynagrodzenie i powiązane są z wynikami spółek.

Teraz inni chcą więcej

Wynagrodzenie Muska wydawać się może niektórym niedorzeczne zarówno pod względem wielkości jak i wydajności. Czy zarząd Tesli naprawdę jest w stanie usprawiedliwić wielomiliardową pensję dyrektora, nawet jeśli wartość spółki wzrosła dziesięciokrotnie? Okazuje się, że tak. Większość inwestorów poparło to wynagrodzenie w referendum. Niektórzy doszli do wniosku, że jeśli system zadziała, to zgarną dodatkowe zyski. W ten sposób Musk stał się najlepiej zarabiającym CEO w historii kraju wywołując spore poruszenie w środowisku biznesowym.

Szefowie innych korporacji przyglądając się ruchom w Tesli doszli do wniosku, że spora podwyżka ich i tak wielomilionowych zarobków jest możliwa. Bo czymże jest przeciętny pakiet 20 milionów dolarów rocznie w porównaniu z wypłatą setek milionów, a nawet miliarda lub dwóch?

182 razy więcej

Wymienieni powyżej szefowie spółek to absolutna śmietanka, bo przeciętne wynagrodzenie na tym stanowisku wciąż wynosi od kilkunastu do kilkudziesięciu milionów. Spróbujmy przedstawić to inaczej:

Zarobek dyrektora spółki należącej do S&P 500 jest ok. 182 razy wyższy niż pensja przeciętnego pracownika. To średnia, bo wiele spółek stosunek ten liczy w tysiącach.

Mimo że największe skoki płac szefów odnotowano w ubiegłym roku, podczas pandemii, to perspektywa zgromadzenia wielomiliardowego majątku kierując spółką notowaną na giełdzie nie jest nowa. Dziesięć lat przed kryzysem finansowym w 2008 r., kiedy modne stało się przekazywanie prezesom opcji wykupu akcji firm, Roberto Goizueta z Coca-Coli stał się jednym z pierwszych prezesów, którzy zgromadzili miliardową fortunę wyłącznie z wynagrodzeń.

Zarobisz tyle, o ile wzrośnie wartość firmy

Dziś wypłaty te są wpisane w strukturę wynagrodzeń i inaczej uzasadniane. Po kryzysie inwestorzy instytucjonalni zmusili zarządy do przywiązywania większej części pensji dyrektorskiej do długoterminowych wyników firmy. Zaczęto projektować pakiety wynagrodzeń, które często zawierają sporo akcji wypłacanych po realizacji celów, takich jak wzrost ich wartości lub zysku firmy.

Lata niskich stóp procentowych i wieloletni boom na giełdzie sprawiły, że był to bardzo lukratywny model dla prezesów, bo akcje nawet miernie zarządzanej firmy pięły się do rekordowych poziomów. Tym samym powiększała się przepaść pomiędzy zarządem, a pracownikami zarabiającymi zwykłe pensje.

Na przykład w firmie Paycom zarząd zaoferował swojemu założycielowi i dyrektorowi generalnemu, Chadowi Richisonowi, równowartości 2.7% akcji firmy, jeśli cena akcji wzrośnie ponad czterokrotnie w ciągu następnej dekady. Jeśli mu się uda, otrzyma 2.8 miliarda dolarów.

Producent ekskluzywnego wyposażenia wnętrz, Restoration Hardware, wręczył swemu dyrektorowi generalnemu opcje na akcje, które będą warte 290 milionów, jeśli ich cena na giełdzie podwoi się.

Zaledwie kilka tygodni temu zarząd JPMorgan przyznał dyrektorowi generalnemu, Jamiemu Dimonowi, bonus w postaci opcji na akcje wartości 50 milionów, jeśli zostanie w firmie jeszcze 5 lat.

Wszystkie trzy firmy poinformowały, że dodatki te mają na celu zatrzymanie i zmotywowanie swych szefów, z których wszyscy są już miliarderami.

Obietnice są, gwarancji nie ma

Oczywiście nie ma gwarancji, że takie zagranie opłaci się. Mega dodatki często wiążą się ze starannie opracowanymi progami wydajności, ale też z zastrzeżeniem, że nagrody nie będzie, jeśli plan się nie powiedzie.

Dlaczego tyle firm jest gotowych wesprzeć niezwykle wysokie nagrody tylko dla jednej osoby?

Niektórzy nazywają to strachem przed utratą wydajności. Nikt nie chce przegapić potencjalnie dużego zwrotu z inwestycji. Prezes dobrze prosperującej spółki traktowany jest nieco jak kura składająca złote jaja. Problem w tym, że dzisiejsze programy wynagrodzeń zbyt często kończą się nagradzaniem liderów po prostu za szczęście.

Kiedy rynek i dana branża dobrze prosperuje, każda firma notuje zyski, a chwałę za to zbiera prezes. Gdy dzieje się źle na rynku, staje się on problemem. Choć przez cały czas jest tą samą osobą - mówi Steven Clifford, były wysoko zarabiający prezes spółki, który w 2017 roku wydał książkę zatytułowaną “The CEO Pay Machine", która tłumaczy cały mechanizm.

„Kiedy byłem we właściwym miejscu we właściwym czasie, byłem geniuszem” – dodaje Clifford. „Ale kiedy znalazłem się w złym miejscu i w złym czasie, byłem kretynem”.

rj