----- Reklama -----

Ogłoszenia, felietony, informacje Polonijne - Tygodnik Monitor

06 kwietnia 2026

Udostępnij znajomym:

Podatki od nieruchomości w rejonie Chicago rosną od lat szybciej niż inflacja i wynagrodzenia. Najnowszy raport biura skarbnika powiatu Cook pokazuje skalę zjawiska, przy czym dopiero spojrzenie na niego w szerszej perspektywie pozwala zrozumieć, dlaczego rachunki wciąż idą w górę.

W ciągu trzech dekad łączna kwota podatków od nieruchomości w powiecie wzrosła z 6,8 miliarda dolarów w 1995 roku do 19,2 miliarda w 2024. To wzrost o 182 proc., czyli ponad dwukrotnie szybciej niż inflacja. Gdyby łączna kwota podatków od nieruchomości rosła jedynie w tempie inflacji, dziś wynosiłaby około 10 miliardów dolarów.

To jednak tylko punkt wyjścia, bo podstawowe pytanie brzmi: skąd bierze się ta różnica?

Szkoły jako główny koszt

Największym elementem rachunku podatkowego są szkoły. Odpowiadają za około połowę całkowitego obciążenia, a ich wydatki wzrosły w analizowanym okresie o blisko 189 proc.

Na pierwszy rzut oka wygląda to jak przykład niekontrolowanego wzrostu wydatków. Jednak w praktyce problem jest bardziej strukturalny.

Illinois należy do stanów, w których udział finansowania edukacji przez budżet stanowy jest najniższy w całym kraju. Oznacza to, że ciężar utrzymania szkół spada głównie na lokalne podatki od nieruchomości.

Innymi słowy: jeśli szkoły potrzebują więcej pieniędzy, nie mogą liczyć na stan – sięgają więc do kieszeni właścicieli domów.

To właśnie dlatego podatki rosną szybciej niż inflacja. Wydatki szkół są w dużej mierze uzależnione od kosztów pracy – nauczycieli i pracowników – a te rosną szybciej niż ogólny koszyk dóbr i usług.

System, który przerzuca koszty

Problem nie kończy się na bieżących wydatkach. Istotną rolę odgrywają także zobowiązania z przeszłości – przede wszystkim system emerytalny nauczycieli.

Chicago Public Schools finansuje około 65 proc. kosztów swojego systemu emerytalnego, podczas gdy w większości innych okręgów w Illinois niemal całość pokrywa stan.

To oznacza, że mieszkańcy Chicago płacą nie tylko za bieżące funkcjonowanie szkół, ale także za historyczne decyzje finansowe, w tym lata, gdy składki emerytalne były odkładane na później.

W rezultacie, aby nadrobić zaległości, system potrzebuje więcej pieniędzy, a najłatwiej sięgnąć po nie poprzez podatki lokalne.

Luki w prawie i mechanizmy wzrostu

Raport wskazuje również na konstrukcję samego systemu podatkowego. Illinois posiada przepisy, które teoretycznie ograniczają wzrost podatków do poziomu inflacji. W praktyce jednak zawierają one liczne wyjątki.

Aż 94 ze 135 samorządów lokalnych (municipalities) w powiecie Cook nie podlega tym ograniczeniom, a lokalne władze mogą zwiększać łączną kwotę podatków (tzw. levy) jaką zamierzają pobrać.

Dodatkowo część mechanizmów, takich jak dzielnice TIF (Tax Increment Financing), funkcjonuje poza standardowymi limitami. Ich udział w obciążeniu podatkowym wzrósł z 2,5 proc. do około 10 proc.

To tworzy system, w którym formalne ograniczenia istnieją, ale w praktyce nie powstrzymują wzrostu.

Podatki rosną szybciej niż dochody

Najważniejszy wniosek raportu dotyczy jednak relacji między podatkami a dochodami mieszkańców.

Choć wynagrodzenia rosły w analizowanym okresie, ich wzrost był wolniejszy niż wzrost podatków. W efekcie coraz większa część dochodu gospodarstw domowych trafia do systemu podatkowego. A to zmienia realne odczucie obciążeń – nawet jeśli nominalne dochody rosną, siła nabywcza po opłaceniu podatków maleje.

Problem systemowy, nie lokalny

Zarówno raport, jak i jego interpretacje prowadzą do podobnego wniosku: wysokie podatki nie są wyłącznie efektem decyzji lokalnych władz, lecz konsekwencją całego systemu — od niedofinansowania edukacji na poziomie stanowym, po wieloletnie zobowiązania finansowe. Bez zmian na tym poziomie presja na wzrost podatków będzie się utrzymywać. Można więc powiedzieć, że problem nie polega już na braku wiedzy, lecz na braku decyzji.

----- Reklama -----

Zobacz nowy numer Gazety Monitor
Zobacz nowy numer Gazety Monitor