----- Reklama -----

Ogłoszenia, felietony, informacje Polonijne - Tygodnik Monitor

31 marca 2026

Udostępnij znajomym:

Trwająca od końca lutego amerykańsko-izraelska operacja wojskowa przeciwko Iranowi wywołała nie tylko konsekwencje militarne i gospodarcze, ale stała się też poważnym katalizatorem napięć wewnątrz zachodnich sojuszy. Prezydent Donald Trump i sekretarz obrony Pete Hegseth nasilili w ostatnich dniach ataki słowne pod adresem europejskich partnerów, a pytania o przyszłość NATO brzmią coraz poważniej. Coraz wyraźniej widać jednak, że spór nie dotyczy już tylko samej operacji militarnej, ale podstawowej zasady działania zachodnich sojuszy – i tego, kto właściwie decyduje o ich użyciu.

Stany Zjednoczone i Izrael zaatakowały Iran 28 lutego. Według administracji USA było to konsekwencją fiaska negocjacji nuklearnych, jednak w wielu stolicach świata decyzję tę postrzegano jako jednostronną i trudną do uzasadnienia. Waszyngton wyznaczył cztery główne cele operacji: zniszczenie irańskiego potencjału rakietowego, unieszkodliwienie marynarki wojennej, uniemożliwienie Teheranowi rozwinięcia broni jądrowej oraz przecięcie jego powiązań z organizacjami terrorystycznymi. Trump i Hegseth twierdzą, że większość z tych celów została już osiągnięta. Początkowo administracja sugerowała, że operacja potrwa zaledwie kilka dni, później mówiono o kilku tygodniach. Obecnie ramy czasowe pozostają nieokreślone.

Tymczasem Iran zamknął Cieśninę Ormuz – strategiczny szlak morski, przez który przepływa około 20 procent światowego handlu ropą naftową. Konsekwencje są odczuwalne globalnie: ceny ropy w krótkim czasie wzrosły o kilkadziesiąt procent, przekraczając poziom 100 dolarów za baryłkę, a Amerykanie płacą za benzynę średnio o ponad dolara więcej za galon niż przed początkiem konfliktu. Krajowa średnia cena niedawno przekroczyła cztery dolary za galon. Jednocześnie rynek pozostaje wyjątkowo niestabilny – ceny surowca w krótkim czasie potrafią gwałtownie rosnąć, by następnie równie szybko spadać, co dodatkowo zwiększa niepewność w sektorze transportu i logistyki.

Trump i Hegseth kontra Europa

Na tym tle Donald Trump zabrał się do bezpośredniego atakowania sojuszników. W serii wpisów w mediach społecznościowych skrytykował Francję za odmowę pełnego udostępnienia przestrzeni powietrznej dla samolotów z zaopatrzeniem wojskowym lecących do Izraela. „Francja była BARDZO NIEpomocna. USA BĘDĄ PAMIĘTAĆ!" – napisał prezydent. Ostrze jego krytyki zwróciło się też w stronę Hiszpanii, która zamknęła swoją przestrzeń powietrzną dla maszyn biorących udział w operacji. Premier Pedro Sánchez był jednoznaczny: „Jesteśmy suwerennym krajem, który nie zamierza uczestniczyć w nielegalnych wojnach."

Pod adresem Wielkiej Brytanii Trump napisał, że skoro Londyn odmówił udziału w operacji, powinien teraz sam zadbać o dostęp do ropy: „Idźcie do Cieśniny i po prostu JĄ PRZEJMIJCIE. Musicie zacząć uczyć się walczyć sami. USA nie będą już wam pomagać". Hegseth wtórował prezydentowi podczas konferencji prasowej w Pentagonie: „Ostatnim razem, kiedy sprawdzałem, miała istnieć jakaś potężna Królewska Marynarka Wojenna, gotowa do działania".

Administracja USA argumentuje przy tym, że operacja była działaniem „w imieniu wolnego świata”, a brak wsparcia ze strony sojuszników ujawnia słabość i jednostronność relacji transatlantyckich.

Logika sojuszu wystawiona na próbę

W tym kontekście warto spojrzeć na to, jak Waszyngton uzasadnia swoje zarzuty. Decyzja o ataku na Iran zapadła bez konsultacji z europejskimi stolicami– co wprost przyznały źródła zbliżone do sojuszu. Według relacji mediów i wypowiedzi europejskich polityków decyzja o rozpoczęciu operacji zapadła jednostronnie w Waszyngtonie, mimo że jej konsekwencje od początku miały dotyczyć całego sojuszu.

W wielu europejskich stolicach konflikt z Iranem postrzegany jest jako „wojna z wyboru”, a nie konieczność wynikająca z bezpośredniego zagrożenia. To właśnie ta różnica w postrzeganiu sytuacji w dużej mierze tłumaczy brak gotowości do zaangażowania się po stronie USA.

NATO jest sojuszem obronnym, a Artykuł 5 Traktatu Północnoatlantyckiego, przywołany dotychczas tylko raz, po zamachach z 11 września 2001 roku, zobowiązuje członków do wzajemnej obrony w razie napaści na jednego z nich. Iran nie zaatakował żadnego państwa NATO; to Stany Zjednoczone i Izrael, kraj niebędący członkiem sojuszu, wszczęły działania ofensywne.

Żądanie, by sojusznicy włączyli się w wojnę, którą sami zainicjowali bez konsultacji, i grożenie im przy tym zerwaniem zobowiązań sojuszniczych – to logika, którą wielu europejskich partnerów przyjmuje z rosnącą konsternacją.

Trump zdaje się to dostrzegać jedynie jako dowód na to, że sojusznicy go zawiedli. „Zawsze bylibyśmy dla nich, ale teraz, sądząc po ich działaniach, chyba nie musimy, prawda?" – powiedział 27 marca podczas forum inwestycyjnego w Miami. Wcześniej, w połowie marca, nazwał NATO „ulicą jednokierunkową" i stwierdził, że to dla niego „wielki test" lojalności sojuszników.

NATO milczy, Europa odpiera zarzuty

Rzeczniczka NATO, zapytana o komentarz do wypowiedzi Trumpa, odmówiła zajęcia stanowiska. Warto przypomnieć, że tzw. wspólny budżet NATO – obejmujący głównie koszty administracyjne, struktury dowodzenia i infrastrukturę – wynosił w 2024 roku około 4,6 miliarda dolarów, z czego Stany Zjednoczone pokryły około 16 procent. Nie obejmuje on jednak wydatków obronnych państw członkowskich, które w rzeczywistości sięgają łącznie ponad biliona dolarów rocznie. Stany Zjednoczone wydają zdecydowanie najwięcej na obronność w ramach sojuszu.

Skala tych wydatków jest bezdyskusyjna, nie rozstrzyga jednak pytania, czy przewaga finansowa powinna automatycznie przekładać się na polityczne oczekiwania wobec sojuszników – zwłaszcza w sytuacji, gdy decyzja o rozpoczęciu działań militarnych zapadła bez wcześniejszych konsultacji.

Operacje militarne trwają, a Trump wciąż nie określił ram czasowych zakończenia konfliktu. Tymczasem tankowce próbujące pokonać Cieśninę Ormuz są atakowane, a Iran demonstracyjnie potwierdza swoją zdolność do zakłócania żeglugi, uderzając m.in. w kuwejcki tankowiec w rejonie Dubaju.

Napięcia transatlantyckie, rozjątrzone jeszcze przez wcześniejsze groźby Waszyngtonu wobec Grenlandii, osiągnęły nowy poziom. Coraz częściej pytanie brzmi nie tylko, czy poprzeć tę konkretną wojnę, ale czy dotychczasowy model sojuszu – oparty na amerykańskim przywództwie i europejskim wsparciu – w ogóle jeszcze funkcjonuje w praktyce.

źródła: reuters, cnbc, thecentersquare

----- Reklama -----

KD MARKET 2026

----- Reklama -----

Zobacz nowy numer Gazety Monitor
Zobacz nowy numer Gazety Monitor