Najbogatsi nie zajmują stanowiska w wyścigu prezydenckim
Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa
----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Najzamożniejsi nie angażują się w tegoroczną kampanię wyborczą. Ani jeden z 10 najbogatszych ludzi w kraju – niemal wszyscy z branży technologicznej – nie ujawnił, na kogo zamierza głosować w listopadzie. Z drugiej strony politycy też nie zabiegają zbytnio o ich poparcie.

W pewien sposób odzwierciedla to dwa jednoczesne trendy w Dolinie Krzemowej:

 - Narastającą w ostatnich latach niechęć społeczeństwa wobec ultrabogatych, zwłaszcza kierujących największymi firmami technologicznymi, co sprawia, iż ich poparcie może być zarówno wsparciem jak i obciążeniem dla kandydata.

- Nawet jeśli kandydaci staraliby się o ich wsparcie, miliarderzy są pod wielkim politycznym obstrzałem, zwłaszcza ci, którzy poruszają się po minowym polu antymonopolowym i odpierają niepotwierdzone jak dotąd zarzuty o polityczną stronniczość. Nie spieszą się więc, by angażować się po stronie któregokolwiek kandydata.

W ten sposób wszystko układa się pomyślnie dla obu stron:

Najbogatsi nie oferują swego poparcia, a kandydaci nie zabiegają o nie

Znane z list najbogatszych postacie zazwyczaj nie popierają kandydatów na prezydenta. Jednak większość gigantów technologicznych nie zgadza się z obecną administracją w Białym Domu w różnych kwestiach – od imigracji po sprawy klimatu. Wielu liderów firm technologicznych skupiło się wokół byłego wiceprezydenta Joe Bidena, szczególnie latem, gdy uzyskał nominację. Owszem, byli to ludzie operujący miliardami, ale nie z najwyższej półki, mniej znani, tacy jak choćby Reid Hoffman, Eric Schmidt i Laurene Powell Jobs.

Milczą jednak ci z samego szczytu rankingu najbogatszych w USA, znani poza Doliną Krzemową, czasami mający sławę celebrytów, którzy mierzą swoją wartość nie miliardami, ale dziesiątkami miliardów. Dotyczy to również jedynego w pierwszej dziesiątce, niezwiązanego z branżą technologiczną Warrena Buffeta, który teraz nie angażuje się w politykę mimo, że w 2016 r. działał na rzecz pokonania Donalda Trumpa.

Dlaczego?

Wielu miliarderów wzbogaciło się jeszcze bardziej w okresie sprawowania władzy przez Trumpa, gdy podniosła się wartość akcji ich firm. Ale ogólnie rzecz biorąc, ustawili się jako przynależni, postępowi, obywatelscy liderzy, którzy zajmują stanowisko, gdy wymaga tego konkretna sytuacja, na przykład kiedy administracja kraju wycofuje USA z paryskiego porozumienia klimatycznego.

Nie wydaje się, by publiczne kultywowanie wsparcia tych liderów biznesu było na przykład priorytetem dla kandydata demokratów, Joe Bidena. Znakiem tego, że kampanie polityczne uważają Dolinę Krzemową za ryzyko, jego sztab nie ujawnił w tym roku listy donatorów i sympatyków związanych z biznesem i technologiami. To całkiem inaczej niż w 2016 r., gdy sztab Hillary Clinton ogłosił listę wsparcia z nazwiskami takich osób, jak szef Netflixa, dyrektor operacyjna Facebooka, czy trzech miliarderów – założycieli Airbnb. Zresztą w tym roku żadna z tych osób nie zaoferowała oficjalnego wsparcia, choć niektórzy przekazali pewne sumy na rzecz kampanii Bidena.

Dużo się zmieniło od 2016 r. Partia demokratyczna debatuje na temat tego, czy miliarderzy z Doliny Krzemowej i ich firmy mają zbyt wielką władzę nad społeczeństwem amerykańskim, o czym raczej się nie mówiło jeszcze 4 lata temu. Sztab Bidena był szczególnie krytyczny pod adresem Facebooka za brak bardziej agresywnej kontroli postów Donalda Trumpa. Byłoby więc teraz im niezręcznie starać się o wsparcie krytykowanej firmy.

Po stronie partii konserwatywnej i starającego się o reelekcję prezydenta wygląda to podobnie. Małe zaangażowanie najbogatszych w jego kampanię jest w tym roku, podobnie jak u Bidena, dość widoczne.

Dwoma mega miliarderami, którzy flirtowali z wyrażaniem swoich poglądów, byli założyciel Oracle, Larry Ellison i były dyrektor generalny Microsoft, Steve Ballmer. Ellison okazał się w tym roku jednym z niewielu sojuszników Trumpa w Dolinie Krzemowej, organizując zbiórkę pieniędzy dla prezydenta, która zaowocowała 7 milionami dolarów na jego reelekcję. Ale sam Ellison nie uczestniczył w tym wydarzeniu i nalegał, aby nie odczytywać tego jako formalnego poparcia dla prezydenta.

Z kolei żona Steve Ballmera, byłego szefa Microsoftu, przekazała na początku roku pół miliona dolarów na Bidenowski super PAC, chociaż sam Ballmer tego nie zrobił. Jego rzecznik zapytany, czy Ballmer wspiera Bidena, powiedział, że jest on „bezpartyjny” i odmówił komentarza na temat jego poglądów politycznych.

Wybierają biznes ponad politykę

Dla niektórych bogaczy ostrożność polityczna jest decyzją biznesową. Najbogatszy człowiek świata, Jeff Bezos, który ostatnio chętniej przekazywał darowizny kandydatom politycznym i jako właściciel Washington Post często pojedynkował się słownie z Trumpem, nie poparł jego kontrkanydata.

Mark Zuckerberg, czwarty najbogatszy człowiek na świecie, zwolennik reformy wymiaru sprawiedliwości, publicznie wyrażający “zniesmaczenie” retoryką prezydenta na tematy rasowe, też nie poparł jego przeciwnika.

Można wyciągnąć wniosek, że obydwaj boją się narazić walczącemu o reelekcję prezydentowi na wypadek, gdyby zdobył Biały Dom na drugą kadencję.

Jest jeszcze Elon Musk, którego wartość gwałtownie wzrosła w 2020 roku pod rządami Trumpa, który powiedział w opublikowanym kilka dni temu wywiadzie, że był do niedawna wyborcą niezdecydowanym, po czym podał w wątpliwość bystrość umysłu Bidena. Oficjalnie jednak nie poparł urzędującego prezydenta.

Gdzie nie spojrzymy, tegoroczne wybory nie są tematem popularnym wśród najbogatszych, zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie. Wygląda to tak, jakby wszyscy obawiali się zaszkodzić sobie i swoim interesom obstawiając niewłaściwego kandydata.

Jest to o tyle dziwne, że nie trzeba szczególnie wysilać się, by odgadnąć kogo każdy z najbogatszych wybierze w zbliżającym się dniu wyborów. Ale niemówienie tego na głos mówi nam wszystkim sporo na temat popularności, a właściwie niepopularności Doliny Krzemowej w 2020 roku.

Na podst. recode, theverge, nbcnews, forbes

RJ