Waszyngton wkroczył w czwarty tydzień paraliżu rządu federalnego bez zauważalnych oznak rychłego zakończenia kryzysu. W środę mija dwudziesty drugi dzień wstrzymania finansowania działań rządu, co oznacza, że obecny shutdown jest drugim najdłuższym w historii Stanów Zjednoczonych.
Demokraci w Senacie żądają, by każda ustawa o finansowaniu rządu zawierała przedłużenie ulg podatkowych mających zrównoważyć gwałtowny wzrost kosztów ubezpieczeń zdrowotnych. Republikanie odmawiają jakichkolwiek negocjacji, dopóki administracja pozostaje sparaliżowana. Prezydent Donald Trump i jego doradcy, jak się wydaje, celowo zwiększają presję na demokratycznych parlamentarzystów, ograniczając wydatki w stanach i okręgach uważanych za ich bastiony.
"Jesteśmy w totalnym impasie" – ocenia senator Shelley Moore Capito z Wirginii Zachodniej, członkini republikańskiego kierownictwa Senatu.
Najdłuższy shutdown w historii USA trwał 35 dni na przełomie 2018 i 2019 roku, również za prezydentury Donalda Trumpa, kiedy żądał on włączenia do ustawy budżetowej środków na budowę muru na granicy z Meksykiem. Prawodawcy z obu stron sceny politycznej otwarcie spekulują, że obecny paraliż może potrwać jeszcze dłużej.
W 2019 roku prezydent Trump ustąpił dopiero wtedy, gdy jego notowania zaczęły gwałtownie spadać. Z podobnego powodu republikanie zakończyli próbę wymuszenia likwidacji ustawy o powszechnym ubezpieczeniu zdrowotnym (Affordable Care Act) po 16 dniach zamknięcia rządu w 2013 roku. Podobnie w połowie lat 90. to właśnie niezadowolenie opinii publicznej zmusiło Kongres do zakończenia ówczesnego impasu.
Tym razem jednak żadna ze stron nie czuje, że traci politycznie. Według niedawnego sondażu Associated Press-NORC, 58 procent Amerykanów obwinia prezydenta Trumpa i republikańskich kongresmanów za shutdown, podczas gdy 54 procent wini demokratów. Od pierwszego dnia shutdownu poparcie dla obu partii w kontekście przyszłorocznych wyborów do Kongresu praktycznie się nie zmieniło.
Skutki
Choć media skupiają się na innych tematach – imigracji, wysłaniu Gwardii Narodowej do niektórych miast czy kruchym zawieszeniu broni w Strefie Gazy – skutki paraliżu administracji są coraz bardziej odczuwalne.
Tysiące pracowników federalnych pracuje bez wynagrodzenia. W Oakland w Kalifornii lokalny bank żywności dostarcza żywność agentom TSA na lotnisku, którzy nie otrzymują pensji. Programy społeczne, takie jak Head Start pomagający rodzinom o niskich dochodach, wkrótce mogą zostać całkowicie wstrzymane z powodu braku środków.
Szczególnie dramatyczna jest sytuacja w służbie zdrowia. Zbliża się również sezon zapisów na prywatne ubezpieczenia zdrowotne. Od 1 listopada Amerykanie zaczną otrzymywać listy z informacjami o gwałtownych podwyżkach składek. Demokraci ostrzegają, że brak przedłużenia federalnych dopłat wprowadzonych w czasie pandemii COVID-19 doprowadzi do podwojenia rocznych kosztów – z 888 do 1904 dolarów – i utraty ubezpieczenia przez cztery miliony osób.
„Kiedy ludzie zobaczą, że ich składki rosną do poziomu, który może doprowadzić do bankructwa, presja na Kongres gwałtownie wzrośnie” – mówi senator Chris Murphy z Connecticut.
Kalkulacje polityczne i gra na czas
Administracja federalna stara się – jak sam prezydent przyznał – „maksymalizować szkody” wśród demokratycznych wyborców. Projekty infrastrukturalne w Nowym Jorku, San Francisco, Bostonie i Baltimore – czyli w miastach rządzonych przez demokratów – zostały wstrzymane. Biuro Zarządzania i Budżetu zapowiedziało „pauzę” dla inwestycji wartych 11 miliardów dolarów, a Narodowa Administracja Bezpieczeństwa Nuklearnego ogłosiła tymczasowe zwolnienia 80 procent pracowników.
Trump zastrzegł jednak, że żołnierze na aktywnej służbie otrzymają wynagrodzenie na czas – decyzję, która wzbudziła wątpliwości prawne, ale pozwoliła mu uniknąć otwartego konfliktu z armią.
Zbliżające się Święto Dziękczynienia – jeden z najbardziej ruchliwych okresów podróży w roku – może stać się kolejnym punktem zwrotnym w tym politycznym impasie, jeśli shutdown potrwa do tego czasu.
Tymczasem Izba Reprezentantów, kierowana przez republikanina Mike’a Johnsona, praktycznie nie pracuje. Od połowy września, gdy przyjęto projekt tymczasowego finansowania rządu, kongresmeni są na przerwie. Łącznie odwołano już ponad jedną czwartą dni zaplanowanych posiedzeń.
Brak pomysłu na wyjście z impasu
Grupa umiarkowanych polityków próbowała przeforsować roczne przedłużenie dopłat do ubezpieczeń zdrowotnych, ale przywódcy obu partii odrzucili propozycję. Lider republikańskiej większości w Senacie, John Thune, zaproponował jedynie głosowanie nad projektem ustawy o dopłatach w zamian za wcześniejsze zakończenie paraliżu – jednak Demokraci uznali to za „pozorną ofertę”, która i tak utknęłaby w Izbie Reprezentantów.
Kiedy przełom?
Obie strony liczą na to, że czas zadziała na ich korzyść. Wyniki listopadowych wyborów gubernatorskich w Wirginii i New Jersey mogą wskazać, kto faktycznie traci na impasie. Kolejnym punktem krytycznym może być Święto Dziękczynienia – jeśli z powodu braków kadrowych w portach lotniczych dojdzie do poważnych opóźnień, gniew podróżnych może wymusić zmianę kursu.
Na razie jednak Waszyngton stoi w miejscu. Rząd nie działa, a kolejne tygodnie paraliżu stają się dla coraz większej liczby osób coraz bardziej dotkliwe. W historii USA takie konflikty zawsze kończyły się dopiero wtedy, gdy społeczeństwo powiedziało: dość. Wydaje się, że i tym razem dopiero rosnące niezadowolenie obywateli może przerwać polityczny impas.