----- Reklama -----

Ogłoszenia, felietony, informacje Polonijne - Tygodnik Monitor

15 września 2022

Udostępnij znajomym:

Iga Świątek mimo wielu przeciwności i niesprzyjających warunków wygrała ostatni tenisowy turniej Wielkiego Szlema w Nowym Jorku potwierdzając tym samym, że w tym roku jest absolutną dominatorką w kobiecym tenisie i światowym numerem jeden w rankingu WTA, z ogromną przewagą nad kolejnymi zawodniczkami.

W niedzielnym finale na kortach Flushing Meadows Iga Świątek pokonała Tunezyjkę Ons Jabeur w dwóch setach 6:2, 7:6 (7:5). Był to mecz, w którym Iga, mimo że ma dopiero 21 lat, pokazała olbrzymią dojrzałość, opanowanie oraz umiejętność radzenia sobie z presją i chwilowymi niepowodzeniami.

Zobaczyliśmy również Igę odporną na momentami dosyć agresywne i nie do końca fair zachowanie publiczności, która przekraczała czasami granice kibicowskiej arogancji. Nie rozpraszał Igi żywo dopingujący obóz Tunezyjki, na czele z jej mężem i żywą legendą w osobie Arantxy Sanchez-Vicario, ubranych w koszulki z napisem „Yalla Habibi” (“Naprzód, Kochanie”). Iga tego dnia była po prostu szybsza, dokładniejsza, bardziej bojowa - co szczególnie było to widoczne w decydujących momentach.

Zauważyła to nawet jej rywalka, która na konferencji prasowej po meczu powiedziała: „Myślę, że ogólnie rzecz ujmując Iga Świątek po prostu gra lepiej w ważnych momentach. Dokładnie wie, co wtedy robić. Widzę, że bardzo się poprawiła od zeszłego roku i od początku tego roku”.

Ten trzeci turniej wielkoszlemowy na pewno przyszedł dużo trudniej niż dwa wcześniejsze triumfy zdobyte na kortach w Paryżu. Złożyło się na to wiele czynników i nie była to tylko kapryśna publiczność, ale często również niesprzyjająca pogoda, nawierzchnia no i coraz lepsze rywalki w następnych rundach.

Jednak wszystkie te utrudnienia nie były w stanie zatrzymać Polki zdeterminowanej w dążeniu do celu, którym było zwycięstwo. Iga, mimo młodego wieku, dzięki umiejętnościom technicznym, taktyce, przygotowaniu fizycznym i mentalnym, jest w chwili obecnej po prostu najlepsza na świecie. Dlatego też słowa uznania należy skierować do całego sztabu naszej zawodniczki, którzy ciężko zapracowali na ten sukces. Trener Tomasz Wiktorowski, trener przygotowania fizycznego i fizjoterapeuta Maciej Ryszczuk, psycholog Daria Abramowicz, która zawsze przypomina, że mistrzostwo zaczyna się w głowie, to są niewątpliwie osoby, które mają duże zasługi w sukcesach Igi Świątek.

Iga z łatwością i dużym wdziękiem radzi sobie także w różnych sytuacjach poza kortem tenisowym. Pamiętamy, jak zażartowała sobie, gdy usłyszała od sponsora, że właśnie odbiera czek na 2.6 mln dolarów: „O, to dobrze, że nie w gotówce” - usłyszały miliony widzów na całym świecie. Polka wygrywając US Open w Nowym Jorku zdobyła siódmy tytuł w tym roku. Do zwycięskiej listy, na której były już Doha, Indian Wells, Miami, Stuttgart, Rzym i Paryż, teraz dorzuciła następny.

Wielu kibiców zapamięta ten turniej również jako pożegnanie z kortem wielkiej Sereny Williams, która właśnie tutaj - w Nowym Jorku - postanowiła zakończyć swoją jakże bogatą i wspaniałą karierę.

NFL: SEZON 2022/23 ROZPOCZĘTY

ZWYCIĘSTWO CHICAGO BEARS W PIERWSZYM MECZU

W swoim pierwszym meczu w rozpoczynającym się sezonie ligi NFL, Chicago Bears pokonało drużynę San Francisco 49ers 19:10. Spotkanie odbyło się na stadionie Soldier Field.

Zwycięstwo wcale nie przyszło naszej drużynie tak łatwo, jakby to sugerował końcowy wynik. Wystarczy powiedzieć, że po zakończeniu drugiej ćwiartki chicagowskie Niedźwiedzie schodziły do szatni w połowie meczu z zerowym dorobkiem, przegrywając 0:7.

Jednak po tym opieszałym początku rozgrywający Justin Fields rzucił w drugiej połowie dwa razy na tyle dokładnie, że nasi zawodnicy ofensywni - „wide receivers” najpierw Dante Pettis, a później Equanimeous St. Brown zdobyli przyłożenia i drużyna Bears objęła w meczu prowadzenie.

Dzięki świetnej postawie naszej obrony drużyna 49ers zdołała już zdobyć tylko trzy punkty więcej w tym spotkaniu, natomiast w czwartej ćwiartce po przechwyceniu piłki przez chicagowskiego obrońcę Eddie Jacksona Bearsi zdobyli jeszcze jedno przyłożenie, a będąc precyzyjnym, należy za to pochwalić Khalila Herberta, który wbiegł z piłką w strefę końcową i przypieczętował zwycięstwo Niedźwiedzi.

Bardzo szczęśliwy był po meczu coach naszej drużyny Matt Eberflus, który powiedział: “To jest naprawdę uczucie szczęścia gdy widzisz, że mecz już się kończy, a oni (drużyna przeciwna) już nie mogą zatrzymać zegara, gdyż wykorzystali już swoje przerwy. Jestem szczęśliwy z powodu pierwszego zwycięstwa i cieszę się razem z całą drużyną, ze wszystkimi: atakiem, obroną, kopaczami. Cieszę się z całą organizacją. Było fajnie”.

Zapytany o różnicę między pierwszą a drugą połową meczu, rozgrywający Bears Justin Fields powiedział, że dosyć długo zabrało ofensywie złapać właściwy rytm, który w zasadzie dopiero zaskoczył w drugiej części spotkania. Przypomnijmy: w pierwszej części meczu rzucił tylko na 19 jardów zaliczając trzy udane podania na dziewięć prób.

Dużo lepiej już było w drugiej części spotkania. Fields ukończył mecz rzucając łącznie na 121 jardów, kompletując osiem podań na siedemnaście prób i rzucając na dwa przyłożenia. Przełomowym momentem tego meczu było podanie Fieldsa, któremu udało się uciec z „kieszeni” na lewą stronę i znalazł wolnego Pettisa po przekątnej. To piękne zagranie na 51 jardów skończyło się przyłożeniem i Bearsi zmniejszyli prowadzenie drużyny z San Francisco na 10:7. Zaraz potem obrona chicagowska zatrzymała atak drużyny 49ers zmuszając ich do kopnięcia (punt). Na boisko weszła wówczas formacja ofensywna Bears, której rozgrywający Justin Fields zainicjował 84-jardowy rajd, na który złożyło się 10 zagrań, z których ostatnie to było podanie do St. Browna na 18 jardów za linię końcową i zdobycie przyłożenia.

Wprawdzie nasz kopacz Cairo Santos pomylił się i nie zdobył ekstra punktu, ale i tak drużyna z Wietrznego Miasta objęła prowadzenie 13:10, którego nie oddała już do końca, dobijając drużynę z Kalifornii jeszcze jednym przyłożeniem w czwartej ćwiartce (Herbert). Duży udział w tym miał obrońca Bears, Jackson, który przechwycił piłkę rzuconą przez rozgrywającego 49ers Treya Lance.

W innym meczu naszej grupy Minnesota Vikings pokonała w Minneapolis zawsze groźnych Green Bay Packers 23:7. Świetny mecz rozegrała formacja ofensywna Vikingów ze swoim rozgrywającym Cousinsem na czele. Kirk Cousins rozegrał świetny mecz kompletując 23 podania na 32 próby i zdobywając łącznie 277 jardów i dwa przyłożenia.

Czy wynik ten jest wynikiem słabszej postawy Packers, która to drużyna ma problemy zdrowotne u wielu zawodników, czy wyjątkowo dobrej dyspozycji Vikingów? Częściowo dowiemy się tego już w najbliższy weekend, gdyż nasze Niedźwiadki wybierają się na spotkanie do Wisconsin z zawsze bardzo groźnymi na swoim terenie Packers. Mecz w najbliższą niedzielę wieczorem o 7:20. GO BEARS!!!

Z innych wyników, które padły w inauguracyjnej kolejce NFL, należy zauważyć przegraną obecnych mistrzów i zdobywców Super Bowl Los Angeles Rams z drużyną Buffalo Bills 10:31. Nie samo zwycięstwo jest dla wielu ekspertów i analityków zaskakujące, ale jego rozmiary. O ile do przerwy przy wyniku 10:10 kibice z Miasta Aniołów mieli jeszcze nadzieję, to w drugiej części spotkania na boisku istniała już tylko drużyna z Buffalo, która zdobyła 21 punktów, natomiast ku utrapieniu miejscowych kibiców LA Rams nie zdobyli już żadnego.

Wielu dziennikarzy sportowych zajmujących się futbolem amerykańskim na co dzień już uważa drużynę z Buffalo jako jednego z najpoważniejszych kandydatów do zwycięstwa. Można się z tymi prognozami zgadzać lub nie, ale faktycznie drużyna Bills wygląda świetnie we wszystkich formacjach i jeśli tylko omijać ich będą kontuzje, to może w tym sezonie dotrzeć daleko. Nawet do meczu o Super Bowl, gdzie rywalem mogliby dla Buffalo Bills zostać Chicago Bears. Na pewno nikt z Wietrznego Miasta nie miałby nic przeciwko takiemu scenariuszowi.

EUROPA: MISTRZOSTWA ŚWIATA W SIATKÓWCE

POLSKA WICEMISTRZEM ŚWIATA

Drużyna Włoch zdobyła tytuł Mistrzów Świata w siatkówce męskiej, pokonując w finale Polskę 3:1 w setach 22:25, 25:21, 25:18, 25:20. Po wygraniu przez ekipę Biało-Czerwonych w dramatycznych okolicznościach pierwszego seta 25:22 wydawać się mogło, że nasza drużyna narodowa jest na najlepszej drodze, aby nie tylko obronić tytuł wywalczony cztery lata temu, ale i zdobyć trzeci tytuł mistrzowski z rzędu.

Niestety dalsze sety zweryfikowały te nadzieje i pomimo tego, że nie można było naszym siatkarzom odmówić waleczności i ambicji, drużyna z Włoch okazała się piekielnie mocna i wygrała zasłużenie.

Mecz o złoty medal nasza drużyna rozpoczęła „wyjściową” szóstką: Bartosz Kurek, Marcin Janusz, Aleksander Śliwka, Kamil Semeniuk, Mateusz Bieniek, Jakub Kochanowski i Paweł Zatorski. W pierwszym secie, gdy Włosi w końcówce seta wyszli na prowadzenie 21:17 i gdy wszyscy kibice na trybunach i przed telewizorami zaczęli już myśleć o secie drugim, stało się coś niesamowitego, co w siatkówce nie zdarza się często. Polska drużyna zdobyła osiem punktów a Włosi tylko jeden i wygraliśmy ostatecznie seta 25:22. Fragment meczu od 17:21 Polska wygrała 8:1!

Gdy drugiego seta nasza reprezentacja rozpoczęła od 3:0, nikt nie przypuszczał, że za chwilę zaczną się dla nas prawdziwe schody. Wprawdzie zmiana Kaczmarka za coraz bardziej zmęczonego Kurka wniosła powiew świeżości dla polskiej kadry i nawet w tym momencie prowadziliśmy dwoma punktami (15:13), to końcówka seta była znów bardzo nerwowa, ale tym razem to górą byli Włosi, którzy po kilku błyskotliwych akcjach wyszli na prowadzenie 24:21 i zwycięstwa w tym secie już nie dali sobie odebrać.

Po bloku Anzaniego zakończyli drugą partię 25;21. W secie numer trzy, mimo że Polacy prowadzili na początku nawet 7:4, to jednak z biegiem czasu zmęczenie w naszym zespole przekładające się na błędy i nieskuteczność powodowało, że to ekipa z Półwyspu Apenińskiego zaczęła dominować na parkiecie.

Grbić próbował ratować wynik następnymi zmianami: po Kaczmarku wchodzili jeszcze Fornal, Łomacz i Kwolek. Do żadnego renesansu w naszych szeregach to jednak nie doprowadziło i Włosi pewnie wygrały seta 21:18. W czwartym secie również nie było żadnej cudownej odmiany w naszym zespole, natomiast Włosi wykorzystywali niemal wszystkie okazje do punktowania i momentami byli dla nas bezlitośni. Polacy próbowali, jednak tego dnia to rywale mieli nieco więcej argumentów i zdobyli złoty medal.

Reprezentacja Polski zajęła drugie miejsce i zdobyła srebrny medal. To naprawdę jest duże osiągnięcie i wspaniały wynik. Brawo Biało-Czerwoni. Nietrudno się nie zgodzić z trenerem Polaków, który powiedział: „Żałuję tylko tego, że ćwierćfinał i półfinał kosztowały nas zbyt dużo energii. Tamte spotkania były emocjonalnymi rollercoasterami, rozegraliśmy dziesięć setów, by dojść do meczu o złoto. Możliwe, że po tamtych wydatkach emocjonalnych w finale zabrakło nam wytrzymałości”.

Takiego stresu i huśtawki nastrojów oszczędzili sobie Włosi, którzy w półfinale dosyć łatwo pokonali Słoweńców w trzech setach 3:0. Należy jeszcze dodać, że nasza kadra grała bez jednego z najlepszych siatkarzy świata – Wilfredo Leona, który po niedawnej operacji kolana jeszcze przechodzi okres rekonwalescencji.

Być może dla wielu wicemistrzostwo świata to za mało, lecz gdy już opadną emocje i zaczniemy analizować wszystkie aspekty tych polsko-słoweńskich mistrzostw, ten wynik należy na pewno potraktować jako sukces i całej naszej reprezentacji łącznie ze sztabem szkoleniowym należą się ogromne gratulacje.

KOSZYKARSKIE MISTRZOSTWA EUROPY

POLSKA REPREZENTACJA TWORZY HISTORIĘ
POLSKA W STREFIE MEDALOWEJ PO POKONANIU OBROŃCÓW TYTUŁU SŁOWENII
WALCZYMY O FINAŁ Z FRANCJĄ

Koszykarska reprezentacja Polski jest w półfinale Mistrzostw Europy. Na taki wynik kibice polskiego basketu czekali bardzo długo. Ostatni raz, kiedy nasza kadra mogła się pochwalić podobnym wynikiem, to był to rok 1997, a starsi kibice na pewno pamiętają jeszcze zawodników, którzy wtedy tak pięknie reprezentowali nasz kraj. To Maciej Zieliński, Andrzej Pluta, Mariusz Bacik, Dominik Tomczyk czy śp. Adam Wójcik.

Wtedy ta reprezentacja miała szansę wejść do czwórki Mistrzostw Europy rozgrywanych w Hiszpanii. Tylko dosyć pechowa porażka z Grekami przeszkodziła naszym koszykarzom zagrać o najwyższe laury. Nasza obecna reprezentacja pod wodzą trenera Igora Milicica miała za zadanie przed Mistrzostwami Europy awansować do 1/8 finału. Plan został wykonany z nawiązką.

Po zwycięstwie nad Ukrainą 94:86 już mieliśmy zapewniony ćwierćfinał. Mecz był jednak bardzo zacięty i zwycięstwo nie przyszło łatwo. Dość powiedzieć, że na przerwę po pierwszej połowie schodziliśmy do szatni przegrywając 42:45. W meczu tym, w którym nie byliśmy faworytami, to jednak nasi reprezentanci byli zespołem bardziej walecznym, a przede wszystkim skuteczniejszym i w decydujących momentach to właśnie Balcerowski, Ponitka, Slaughter czy Sokołowski potrafili przechylić szalę na naszą korzyść.

Piękne sceny po ostatnim gwizdku sędziego: trener Igor Milicić skaczący jak dziecko, koszykarze rzucający się sobie w ramiona - dokonali czegoś wielkiego i spektakularnego. Ale dopiero po fantastycznym i zwycięskim meczu o półfinał z obrońcą tytułu - drużyną Słowenii - naprawdę możemy uwierzyć, że mamy znakomitych koszykarzy w niczym nieustępującym gwiazdorom europejskiego basketu.

Polacy pokonali Słoweńców 90:87, prowadząc już do przerwy po fascynującym początku różnicą aż 19 punktów, 58:39. Nasi w tym fragmencie zdominowali obecnych jeszcze mistrzów Europy w ataku oddając wiele celnych rzutów za 3 punkty, świetnie również radzili sobie w obronie utrudniając Słoweńcom przeprowadzanie ataków bardzo żywiołową i agresywną, ale w ramach przepisów, grą.

Rywale obudzili się jednak po przerwie i trzecią część spotkania wygrali 24:6, aby na początku czwartej ćwiartki objąć prowadzenie. Ale jednak końcówka meczu znów należała do Polaków. Wspaniały mecz, chyba najlepszy w swoim życiu, rozgrywał Mateusz Ponitka, którego świetne akcje siały wiele niepokoju w drużynie słoweńskiej. Pomagał doświadczony A.J. Slaughter oraz… Luka Doncić, megagwiazda Słoweńców i jeden z najlepszych koszykarzy NBA, który musiał pod koniec meczu opuścić parkiet za 5 fauli.

Po meczu jest wielka radość, nie tylko koszykarzy, ale i sporej grupy polskich kibiców w wypełnionej hali Mercedes-Benz Arena w Berlinie. Piękna, niesamowita, niewiarygodna sprawa. Ten dzień przechodzi do historii jako jeden z najwspanialszych sukcesów polskiej koszykówki.

Andy Warta
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

----- Reklama -----

WYBORY 2026 - PRACA W KOMISJACH 950 X 300

----- Reklama -----

WYBORY 2026 - PRACA W KOMISJACH 950 X 300

----- Reklama -----

WYBORY 2026 - PRACA W KOMISJACH WYBORCZYCH 300 X 600

----- Reklama -----

Zobacz nowy numer Gazety Monitor
Zobacz nowy numer Gazety Monitor