Jeśli korzystasz z platform streamingowych – czy to do oglądania seriali, filmów, czy grania w gry – być może zauważyłaś, że miesięczne opłaty zaczęły rosnąć szybciej niż ceny w sklepie spożywczym. To zjawisko zyskało już swoją nazwę: „streamflacja”.
Według danych amerykańskiego Bureau of Labor Statistics miesięczna inflacja w grudniu wyniosła zaledwie 0,3 proc. Tymczasem w kategorii „subskrypcja i wypożyczanie filmów oraz gier wideo” ceny wzrosły aż o 19,5 proc. W praktyce oznacza to, że platformy takie jak Netflix, HBO Max, Disney+ czy Hulu w ostatnim roku podniosły opłaty abonamentowe. Dane te nie obejmują tradycyjnej telewizji na żywo – chodzi wyłącznie o serwisy streamingowe.
Od walki o widza do walki o zysk
Jeszcze kilka lat temu platformy streamingowe koncentrowały się przede wszystkim na zdobywaniu nowych subskrybentów. W czasie pandemii, gdy miliony ludzi spędzały więcej czasu w domach, liczba użytkowników rosła dynamicznie. Firmy inwestowały ogromne środki w produkcję treści, często akceptując niską rentowność, byle tylko zwiększyć skalę działalności.
Dziś sytuacja jest inna. Rynek w dużej mierze się ustabilizował – większość potencjalnych klientów już korzysta z jednej lub kilku platform. Teraz inwestorzy i zarządy oczekują czegoś więcej niż wzrostu liczby subskrybentów. Oczekują zysków.
Problem w tym, że koszty produkcji i zakupu treści stale rosną. Szczególnie drogie są prawa do transmisji wydarzeń sportowych. To właśnie sport przyciąga widzów i – co równie ważne – ogranicza także wskaźnik rezygnacji z usług. Widz, który chce oglądać konkretne rozgrywki, rzadziej anuluje abonament. A to dla platform bezcenne.
W ubiegłym roku koncern Paramount ogłosił umowę na dystrybucję wszystkich gal UFC w Stanach Zjednoczonych. Niedługo później podniesiono ceny subskrypcji Paramount+. Logika jest prosta: jeśli wydaje się miliardy dolarów na prawa sportowe, trzeba znaleźć sposób, by te wydatki się zwróciły.
Ile dziś kosztuje streaming?
Obecnie pakiety z reklamami kosztują zwykle od 8 do 12 dolarów miesięcznie. Wersje bez reklam to już wydatek rzędu 13–25 dolarów miesięcznie, w zależności od platformy. W przypadku pakietów łączonych – obejmujących kilka serwisów – ceny są jeszcze bardziej zróżnicowane.
Firmy starają się jednak wprowadzać podwyżki stopniowo. Zamiast jednorazowego, dużego skoku cen, częściej obserwujemy mniejsze, ale regularne korekty. Strategia jest przemyślana – konsumenci łatwiej akceptują kilka dolarów więcej co rok czy dwa niż gwałtowną podwyżkę.
Czy streamflacja będzie trwać?
W ciągu 12 miesięcy zakończonych w grudniu 2025 roku ceny usług streamingowych wzrosły łącznie o 29 proc. To imponująca dynamika, znacznie wyższa niż ogólna inflacja. Czy oznacza to, że podobne tempo podwyżek stanie się nową normą?
Analitycy studzą emocje. Ich zdaniem tak wysoki wzrost cen nie musi się powtarzać co roku. Bardziej prawdopodobny jest scenariusz stopniowych, okazjonalnych podwyżek – zależnych od kosztów produkcji, konkurencji i sytuacji finansowej firm.
Co ważne, rynek streamingu wciąż opiera się na modelu „z miesiąca na miesiąc”. W przeciwieństwie do dawnych umów kablowych, nie ma długoterminowych zobowiązań. Jeśli cena przestaje być akceptowalna, użytkownik może zmienić pakiet, przejść na wersję z reklamami albo całkowicie zrezygnować z usługi.